niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 25.- Kolejna część.

- Chciałbym zacząć od tego, że mam naprawdę wspaniałego brata. Szkoda tylko, że doceniłem to dopiero teraz… Ale nie będę mówił o mnie choć mogę robić to godzinami… Mój brat po tylu latach samotności dorobił się w końcu kogoś, kto go pokochał całym sercem. Jest naprawdę wielkim szczęściarzem… - tu jego spojrzenie padło na Ally, która stała w kącie popijając swojego drinka i słuchając przemówienia, które raczej nie będzie zaliczało się do najlepszych, a może… - Pozwólcie, że przytoczę pewien cytat… Pewien znany polak kiedyś powiedział „Każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia. Miłość bez cierpienia nie jest miłością.”
I sądzę, że tak właśnie jest i z nimi. Był pewien okres czasu, w którym krzywdzili się bez przerwy… Blizny wewnętrzne na pewno Nie znikną, ale wiem, że tylko po tym, co się wydarzyło będą potrafili być z sobą szczęśliwi, bo miłość to nie tylko ciągłe branie… Nigdy w niej o to nie chodziło i mam nadzieję, że nigdy chodzić nie będzie. Wiem, że ludzie mają problem z zaakceptowaniem tego, ale dacie sobie radę… W końcu się kochacie. „I chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.”

***

- Dziękujemy Kol.
- Ależ proszę bardzo, ale teraz pozwólcie, że zabiorę się już do domu – na jego ustach pojawił się wielki uśmiech, gdy to mówił, a Klaus bardzo szybko domyślił się całej reszty.
- Kol?
- Tak?
- Tylko Znów tego nie spieprz, jestem pewien, że kolejnej szansy nie dostaniesz.
- Wiem…
- Powodzenia! – Krzyknęli za nim nowożeńcy.

***

 - To było coś naprawdę pięknego… - szepnęła zasypiając wtulona w jego tors.
- Coś naprawdę pięknego trzymam teraz w ramionach – wyszeptał w jej ucho przytulając jeszcze mocniej.
- Kol proszę Cię przestań.
- Idź spać – powiedział otulając ich szczelnie kocem. Wiedział, że to może być ich jedyna i ostatnia szansa na szczęście.

***

 - Kol!!! Kol, do cholery!!! Chodź tu!!!
- Co się stało, kochanie?
- Nie nazywaj mnie tak!
- Wczoraj jeszcze wszystko było dobrze… Ally co się stało?
- Masz czytaj! – Krzyknęła i rzuciła w niego gazetą najmocniej jak potrafiła.



Jak donoszą nasze źródła Kol Mikaelson jeden z najbardziej pożądanych kawalerów naszych czasów już nie jest taki wolny. Widziany był, bowiem wczoraj z piękną kobietą, już niedługo jego żoną.
Ally Salvatore jak widać usidliła wiecznego kawalera. Kol i Ally obecni byli na ślubie brata przyszłego pana młodego. Jak widać śluby w rodzinie Mikaelsonów to teraz stały element. Czy ślub najmłodszego Pierwotnego pobije tak wielkie widowisko jak wczorajsze wydarzenie? Miejmy nadzieję, że tak…
Robert Black.



- Przez Ciebie myślą, że jesteśmy zaręczeni.
- To nie miało tak być. Wszystko miało toczyć się powoli. Nie mieliśmy być brani za parę dopóki sami o tym nie zadecydujemy.
- Nie rozumiesz, że teraz jesteśmy na to wszystko skazani. Skazani na siebie! Ja tego nie chcę Kol.
Wyjeżdżam. Jak to wszytko przycichnie, jak się skończy to wrócę. Wrócę i znów będziemy mogli się przyjaźnić.
- Ally czy ty nic nie rozumiesz?! Nie mam zamiaru się z tobą przyjaźnić. Nie chcę być twoim przyjacielem. A ten cały artykuł to jest znak. Od teraz jesteś moją narzeczoną czy Ci się to podoba czy nie! Jesteś moja! – gdy to wykrzyczał rzucił się na nią i zaciągnął do łóżka.
 
***
- Kol, ja… ja… - szeptała nie mogąc z siebie wydobyć nic więcej.
- Niech zgadnę… Jeszcze nigdy…
- Proszę nie śmiej się… - powiedziała cicho patrząc w palący się w kominku ogień.
- Ej… spójrz mi w oczy – szepnął podnosząc jej brodę do góry – nigdy nie mógłbym śmiać się z czegoś takiego. Powiedz mi tylko czy chcesz swój pierwszy raz przeżyć ze mną… Jeśli nie, odpuszczę i napiszę do gazety aby cofnęli to wszystko co o nas napisali…
- Nie chcę tego zrobić z nikim innym... Tylko proszę bądź delikatny…
- Będę słoneczko, będę… Zawsze…

***

- Kol? - Ally wyciągnęła rękę w poszukiwaniu swojego „kochanka” jednak go już nie było w łóżku. Z przerażenia, aż usiadła, a po jej policzkach zaczęły płynąć zły. Poduszka nadal pachniała nim, a on odszedł. Wykorzystał ją i odszedł. Mogła się tego spodziewać, ale myślała, że tym razem Kol stanie na wysokości zadania.
 
***

- Ejj księżniczko, co się stało? – Szepnął siadając obok niej na łóżku.
- Jesteś, nadal jesteś ze mną – wyszeptała, a jej ciałem wstrząsnął szloch.
Pierwotny szybko odstawił tacę z jedzeniem na podłogę i przytulił swoją ukochaną.
- Zawsze będę, kochanie – zapewnił i mocno przytulił swą ukochaną. Wiedział, że po tym, co się wczoraj stało, po tej wspaniałej nocy już nie może odpuścić.

***

- Oj braciszku słyszałem, że jesteś zaręczony – powiedział Klaus ze śmiechem rozmawiając z Kolem przez telefon.
- Sęk w tym, że nie jestem – odpowiedział Pierwotny bawiąc się frędzlami swojego ulubionego koca – Po tej całej waszej imprezie wszyscy myślą, że ja i Ally, że jesteśmy razem…
- To było WESELE Kol WESELE – roześmiała się hybryda.
- Wszystko mi jedno.
- Co jest, Kol?
- Chyba ją kocham.
- Kochasz?
- Jak cholera i to boli…
- To dobrze – powiedział Klaus i się rozłączył. Wiedział, że teraz to nie on powinien rozmawiać z jego bratem.

***

- Ally? Ally gdzie jesteś?
- Tutaj!
- Tutaj, czyli gdzie?
- Znajdź mnie! W końcu na tym polega zabawa w chowanego!
- Zabawa, w co?
- W chowanego Kol, w CHOWANEGO!
-…
- Kol?
- Mam Cię – szepnął jej do ucha mocno przytulając.
***
- Kol?
- Tak słoneczko?
- Jestem w ciąży…
- W czym?
- W ciąży.
- KURWA!!! DLACZEGO?!? – Pierwotny zaczął krzyczeć i rzucać, czym popadnie. Nie planował dzieci… Nie teraz… W ogóle nie wiedział czy chce je mieć. Chciał mieć Ally tylko dla siebie. Może to egoistyczne, ale on sam był egoistyczny i był z tego dumny.
- Uspokój się! Kol, proszę…
- JESTEM SPOKOJNY DO CHOLERY!!! JESTEM JAK NAJBARDZIEJ SPOKOJNY!!! ALLY DO CHOLERY!!! TO NIE MIAŁO TAK WYGLĄDAĆ ROZUMIESZ!!! ZRESZTĄ MAM TO GDZIEŚ !!! WYCHODZĘ!!!
- Jeśli teraz wyjdziesz to już nawet nie próbuj wracać… Rozumiesz! – Krzyczała obracając w dłoniach szklankę z wodą. Była zła. Była zła, smutna i zagubiona. Wiedziała, że Kol nie będzie zbytnio zadowolony, wiedziała, że nie będzie tak jak na filmach, kiedy to mężczyźni skaczą ze szczęścia jak dowiedzą się o dziecku. Myślała jednak, że jakoś im się uda. Jednak po słowach, które usłyszała chwilę później już przestała się oszukiwać.
- NIE MAM JUŻ DO, CZEGO WRACAĆ!!! GARDZĘ TOBĄ!!! – Pierwotny szybko zabrał kurtkę wiszącą na krześle, zabrał kluczyki do samochodu i trzasnął drzwiami, gdy wychodził. A Allyssa płakała jeszcze długo i rzewnie... W końcu jeszcze niedawno obiecywał, że będzie "Zawsze", a już go nie było. 

piątek, 16 maja 2014

Hey słońca wy moje!
Mój wyjazd się troszkę przedłużył... Mam nadzieję, że się nie gniewacie...
Nie miałam zbytnio czasu aby pisać dlatego mam dla Was tylko połowę,  (a może nawet nie... wydaję mi się, że to chyba jakaś 1/5) rozdziału... Jak tak patrzę...
Postaram się coś tam napisać w weekend...


Zapraszam również na bloga mojej bff http://bielczyczern.blogspot.com/

Pozdrawiam Ianka <3

- Czy Ty Caroline Forbes bierzesz sobie za męża tego oto Nikalusa… bla, bla, bla – mruczał pod nosem najmłodszy z Mikalesonów. Cała ta uroczystość bardzo go przygnębiała i nudziła.
Niby był zadowolony ze szczęścia swojego brata i jego narzeczonej (już za chwilę jak wszystko dobrze pójdzie i nikt jej nie zabije, albo się nie rozmyśli jego żony), ale coś hamowało jego uczucia. Nieświadomie spojrzał na Ally. Kochał na nią patrzeć. Kochał widzieć jak jej długie kasztanowe włosy układają się kaskadą na placach, kochał widzieć jak jej szmaragdowe oczy przepełnione są bezgranicznym szczęściem i kochał mieć ją tylko i wyłącznie dla siebie…
Ally tylko zgromiła go wzrokiem. Miała go już szczerze dość i mimo tego, że bardzo go kochała i zawdzięczała mu dosłownie wszystko nie potrafiła nie okazywać mu czystej pogardy. Ich świetlana przeszłość już dawno odeszła w zapomnienie, a oni musieli o sobie zapomnieć.
***

 Ally:  Kol?
Kol: Sara?
Ally: Sara?!
Kol: Ally?
Sara: Ally?!
Ally, Sara: Kol!!!
Ally: Do cholery, kim ona jest?!?
 Sara: Jego dziewczyną, … Ale nie martw się słońce, jeszcze tylko chwilę… Później jest już cały twój
***
- Wiesz, że cię kocham?
- Jesteś tego pewien? W końcu jestem krwiożerczym wampirem – rzuciła ze śmiechem.
- A ja okropną hybrydom, chyba jednak wygrałem w konkursie na odrażającą bestię – powiedział mimochodem.
- Tak i wygrałeś nie tylko to – powiedziała szeptem blond włosa anielica.
- Tak, a co jeszcze?
- Drogę do mojego serca – mówiła naprowadzając jego prawą rękę na jej lewą pierś.
- W takim razie wygrałem najwięcej na świecie, pani Mikaelson – Klaus sprawnie zmniejszył odległość między nimi i już chwilę później ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku.

 ***

 - Nie jestem nim zainteresowana, wybacz…
- Zrywasz ze mną?!? – Zapytał zdziwiony. Zawsze to on zrywał z kobietami, to on nimi przysłowiowo rządził.
- Tak… Zrywam, chociaż jest to dla mnie ciężkie?
- Dlaczego? – Zainteresowali się wspólnie Kol z Ally.
- Ponieważ ja i Kol nigdy tak naprawdę nie byliśmy razem..
-  No tak wtedy rozstanie naprawdę jest bardzo trudne – stwierdziła rzeczowo Salvatorówna – Idziemy na drinka?
- Z chęcią!  Zostawmy go samego… Niech sobie to wszystko „przetrawi” – odpowiedziała jej dziewczyna z radością i obie ruszyły w stronę baru.
- A ja?!? Co ze mną?!? – Krzyknął Pierwotny za nimi.
- Ty się już w tym wszystkim nie liczysz! – Odkrzyknęły chórem i wróciły do rozmowy.
Najmłodszy z braci Mikaelsonów stał w osłupieniu przez jeszcze kilka minut. Nie wiedział, co zrobić ani co powiedzieć. Dlatego jak tylko jego mózg zaczął na nowo działać tak jak powinien Kol chwycił kilka butelek Bourbona i udał się w najciemniejszy i zarazem najbardziej odludny kawałek ogrodu, aby się upić. Upić się w samotności i z należytą godnością, której od dawna już mu brakowało.
 
***
- Kol gdzie jesteś? Kol!!! Kol do cholery!!! Idioto gdzie jesteś?! Ty głupi arogancki dupku!!! Jeśli zaraz się nie pojawisz w Sali balowej i nie wygłosisz swojego przemówienia to pozwolę Klausowi Cię zabić!!! Ale może mieć mały problem, bo ja zabiję cię pierwsza!!! Kol proszę obiecałeś…. – krzyczała Ally chodząc po całym ogrodzie. Była zła, nawet bardzo zła. Wiedziała, że „praca” z Pierwotnym nie będzie łatwa zważywszy na to co wydarzyło się w przeszłości jednak myślała, że on wykaże trochę klasy i nie będzie pijany chociaż w ten jeden dzień… Że chociaż w ten jeden dzień przestanie zachowywać się jak dziecko i stanie na wysokości zadania…
Najmłodszy z braci Mikaelson wyczołgał się wolno zza krzewów słysząc nawołujący go głos Ally. Wiedział, że będzie miał problemy, ale chyba jeszcze większe kłopoty gdyby został w swojej kryjówce… Pierwotny był pewny, że nie wyszedłby z niej do środy, a była dopiero sobota…
- Ally, nie maaammm nicc na… naaa swoją odpowiedzialność… - zaczął – I proszę nie przerywaj mi – uciszył ją ręką gdy chciała już zacząć mówić – Wiem, że jestem idiotom. Wiem, że nie spisałem się w roli świadka, starałem się, ale mi się to nie udało. Zamiast tego upiłem się i jest mi wstyd. Wstyd za to, co zrobiłem teraz, zresztą nie tylko teraz. Wstyd mi za to, co stało się na przestrzeni wieków. 
- Och… Kol… - westchnęła i już miała zamiar go przytulić, gdy ten powiedział najpoważniejszym tonem, na jaki było go stać pod wpływem alkoholu.
- Miałaś mi nie przerywać.
- Ale ja wcale… Okay… Przerwałam Ci, ale…
- Już nie tłumacz się… Jak bardzo jesteś na mnie wściekła?
- Bardzo…
- Too dobrze, bardzo dobrze… Chodź pójdę i wzniosę ten głupi toast…
Nastała niezręczna cisza. Każdemu z nich przeszkadzała najbardziej na świecie, ale żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć… W końcu udało się to Kolowi.
- Ally?
- Tak? – zapytała robiąc w ziemi dziurę swoim wysokim obcasem.
- Zabierzesz mnie stąd? Mam już dość baloników, kwiatków i innych dupereli. To wszystko mnie po prostu przygnębia.
- Zabiorę Kol, zabiorę…
- Sprzedałaś ten dom, który Ci dałem? – zapytał otwierając przed nią drzwi.
- Chciałam, ale nie potrafiłam… Stwierdziłam, że powinnam oddać Ci klucze… - szepnęła wchodząc do pomieszczenia.
- Nie, nie powinnaś. Jest twój. Sam Ci go dałem… Ostatnie pytanie.
- Hmm?
- Czy byliśmy w nim szczęśliwi? Czy nasza przyjaźń była prawdziwa?
- Kol.
- Tak?
- To dwa pytania – zauważyła biorąc kieliszek szampana.
- Wiem, przepraszam…
- Tak.
- Tak, co?
- Tak byliśmy tam szczęśliwi. Tak nasza przyjaźń była prawdziwa – powiedziała cicho patrząc na tańczące pary, a z jej oczu popłynęła samotna łza, którą szybko starła wierzchem dłoni.
- Czy sądzisz, że nadal moglibyśmy się przyjaźnić?
- Chyba… Chyba tak…  Choć już bo się spóźnimy…



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ogłoszenie Parafialne...


Cześć kochani!
Pewnie nie będziecie szczęśliwi gdy to przeczytacie...
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

Nie nie zawieszam, ani nie usuwam bloga ;)
Chcę poinformować, że następny rozdział pojawi się najwcześniej w przyszłym tygodniu...
Gotowy jest do połowy, a jutro wyjeżdżam do Niemiec i nawet jeśli
uda mi się coś napisać to nie wstawię bo niestety tam gdzie jadę nie ma wifi :/
Może uda mi się wstawić jeszcze jutro jakąś miniaturkę jak chcecie <3
Pozdrawiam Ianka ;*

piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 24.

Nooo więc mamy kolejny rozdział. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 
Przepraszam, że teraz, ale byłam chora i nie miałam siły pisać...
Pozdrawiam Ianka ;*


Ally wraz ze swoją "przyjaciółką", a dokładniej dziewczyną swojego ojca siedziała, w Mystic Grillu i popijała małymi łyczkami zimną latte z bitą śmietaną i lodem jedząc tarte cytrynową. Rebekah piła sok pomarańczowy i jadła duży kawałek ciasta czekoladowego. Jedząc przeglądały zdjęcia z wycieczki Pierwotnej z chłopakiem nad jezioro. Były słodkie. Po chwili ze strony Salvatorówny nastało dość krępujące pytanie:
- Jak poznałaś mojego ojca?
Panienka Mikaelson nie wiedząc, co ma powiedzieć po swojej własnej bitwie z myślami wykrztusiła
- Chciałam go zabić.
- Dobrze to dość dziwne kochać się w kimś, kogo wcześniej chciało się zabić. Nie uważasz?
- A co na tym świecie nie jest dziwne? Wiesz z naukowego punktu widzenia nie powinno mnie tu być, a jednak jestem i mam zamiar się upić - zaśmiała się.
- Może i masz racje - odpowiedziała niepewnie - to, co wołamy kelnera? Twarz pierwotnej pokrył uśmiech od ucha do ucha, a jej ręka wyskoczyła w górę w geście ' zamawiam'.
Tak teraz już każda z nich wiedziała, co ma zamiar robić do zamknięcia lokalu. Najlepsze byłoby upicie do nieprzytomności, ale co wtedy powiedziałby pan trzymający klucz od domu?

~ Kilkanaście godzin i butelek później ~
- Podoba mi się ten barman - rzekła nawalona Ally.
- To idź i zagadaj, ja nie mogę, rozumiesz twój ojciec i te sprawy - powiedziała posyłając ukradkiem spojrzenie w stronę drugiego końca sali.Obie wybuchnęły niepowstrzymanym śmiechem. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Zapewne to zasługa alkoholu. Kilka minut później po opróżnieniu swojego kieliszka nastolatka spadła ze swojego krzesła z wielkim hukiem. Nie pokrzyżowało jej to jednak planów. Z "niewielkimi" trudnościami wstała i podeszła do baru, przy którym właśnie stał wypatrzony przez nią przystojniak. Droga nie była łatwa cały czas potykała się o własne nogi. Gdy była już w połowie wytyczonej przez siebie trasy zdjęła swoje wysokie szpilki i poszła dalej boso trzymając buty w ręce.
- Hey - powiedziała podpierając nonszalancko ścianę.
- No proszę nasza Allyssa jest pijana to chyba pierwszy raz w życiu.
- Skąd znasz moje imię?
- Nie pamiętasz mnie? Chyba twój mózg po alkoholu płata ci figle.
Ok dla ciebie zrobię wyjątek i ci przypomnę jestem Zane McAllister.
- Zanee ładne imię - powiedziała przeciągając samogłoski.
- Może tak, może nie, ale ty naprawdę mnie nie pamiętasz.
- Chyba tak - rzekła z powątpiewaniem.
-Czyli nie pamiętasz, że Cię kocham, że przeze mnie straciłaś Kola, matkę, a najlepsze zostawiłem na koniec... Stałaś się tym, kim się stałaś.
- To "stałaś się tym, kim się stałaś" zabrzmiało tak tajemniczo mógłbyś mi to wytłumaczyć?
- Nie dzisiaj, a jak wytrzeźwiejesz to wszystko Ci się przypomni.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś?
- Zapewne.
Po chwili było słychać głos Rebekhy mówiący ' Ja wracam do domu idziesz ze mną?
Ally wypowiedziała bezgłośne ' tak ' i udała się w stronę stolika, aby zabrać swoje rzeczy po czym dogoniła koleżankę przy drzwiach.
***

Pierwotny czując okropny głód szedł ulicą. Trafił do najgorszej części miasta. Przy latarni stała skąpo ubrana dziewczyna. Mogła mieć z 19 lat. Robiła, jako prostytutka. 'Idealna okazja, aby połączyć przyjemne z użytecznym' - pomyślał i zaciągnął ją w ciemny zaułek. Przez chwilę stawiała opór jednak patrząc w dół na jego drogie buty od projektanta przestała.
- Co zamierzasz? - spytała półgłosem.
- Jeszcze nie wiem coś wymyślę - odpowiedział.
- Skrzywdzisz mnie? - zapytała przestraszona.
- Może tak, może nie to zależy.
- Zależy? Zależy, od czego?
- Zadajesz za dużo pytań.
- Ok, spytam jeszcze raz skrzywdzisz mnie?
- Odpowiedziałem, że nie wiem.
- Rób co chcesz mnie to już w ogóle nie obchodzi.
- Dlaczego?
- Tak po prostu. Lepiej zacznij to, co zacząłeś.
- Opowiedz mi osobie.
Widać było, że nawet bez uczuć starał się być lepszy. Było to dziwne, ale prawdziwe. Nie wiedział, dlaczego. Nikt nie wiedział. Po prostu po spotkaniu Ally, a później Sary coś w jego ciele stwierdziło, że czas dorosnąć.
- Chyba nie muszę - powiedziała.
- Owszem musisz - rzekł ukazując swoje śnieżnobiałe, ostre kły.
- Czym ty jesteś?- spytała przestraszona cofając się aż natrafiła na ścianę.
- Nie widać? Wampirem - powiedział akcentując dokładnie ostatnie słowo.
Gdy się przybliżał jej serce zaczęło bić szybciej. Dużo szybciej. Jej żyły pompowały coraz więcej krwi. Oddech stawał się cięższy. Natomiast ciało odmawiało posłuszeństwa. Noc tej dwójki nie zapowiadała się najlepiej. Nic nie wskazywało na to, aby skończyła się szczęśliwie.
- To, co opowiesz mi o sobie czy te kły - przejechał po nich językiem - mają znaleźć się w Twoim ciele?
- Dobrze już dobrze - powiedziała - tylko się odsuń.
Pierwotny niechętnie zrobił to, co mu kazała. Podszedł bliżej ulicy. Koło śmietnika napotkał stary fotel. Przyniósł go blisko swej ofiary i usiadł na poręczy. Dziewczyna zaczęła swój monolog.
- Gdy byłam małym dzieckiem zostałam zgwałcona przez mojego ojczyma. Moja matka mi nie wierzyła, dlatego oddała mnie do babci. Gdy ta jednak umarła matka była już w Londynie. Zrzekła się mnie i trafiłam do domu dziecka. Siedziałam tak jakieś trzy lata. Adoptowała mnie jakaś para homoseksualistów. Nie zagrzałam tam jednak miejsca na długo. Rozstali się i żaden nie chciał mieć ciężaru w postaci dziecka. Okres dorastania spędziłam w poprawczaku po tym jak niechcący zabiłam policjanta. A teraz robię to, co robię.
- Ciekawie.. Nie chciałaś nigdy zmienić czegoś w swoim życiu?
- Często, ale jak na razie interes się kręci także nie widzę potrzeby..
- To nazywasz interesem - przerwał jej.
- No tak, a czym?
- Na moje to niszczenie sobie życia, ale co ja tam, wiem. W końcu żyję tylko trochę ponad 1000 lat. Ale jeśli tego naprawdę chcesz..
Podszedł do niej, wgryzł się w szyję i ze smakiem wysysał ostatnie resztki życia.
- Mi to jednak nie odpowiada, więc żegnaj - dokończył wrzucając jej ciało do pobliskiego śmietnika.
Ach jak on uwielbiał takie zabawy psychologiczne. I właśnie to różniło go od innych ze swojej rasy. Tamci napadali i pili. On rozmawiał, kazał opowiedzieć o swoim życiu i dopiero wtedy przystępował do działania.
***
Sara w swym nowym mieszkaniu przygotowywała się do pracy. Robiła mocny makijaż przy potłuczonym lustrze. Tylko na takie było ją stać w okolicznym sklepie. Ubierając się w to myślała o tym, co pomyślałby Kol gdyby ją zobaczył. Czy by ją wyśmiał przez te wszystkie ćwieki czy błagałby żeby do niego wróciła. Ale dlaczego miała wracać, jeśli nigdy nie byli razem? Zamyślona nie poczuła nawet lekkiego dotyku małej raczki na swoich plecach?
- Znów wychodzisz? - zapytał chłopiec cicho.
- Tak kochanie. Ktoś musi pracować, aby mieć na jedzenie.
- Czemu wygnałaś Kola? Był bardzo miły i widać było, że coś do ciebie czuje - powiedział zbyt dorośle jak na swój wiek.
- Nie słoneczko. Tylko Ci się tak wydaje. Tak naprawdę Kol jest zły i arogancki - wytłumaczyła.
- Mylisz się - odrzekł i wszedł do łóżka.
- Czemu go tak bronisz? - spytała.
- Ponieważ zawsze mi mówiłaś, że każdy zasługuję na drugą szansę.
- Tak, tak pamiętam, ale nie on.
- Niech Ci będzie - skłamał obmyślając własny plan.

~ Trochę później, Rzym~

Kol Mikaelson po części odzyskał swoją ludzką naturę. Jednak nie wiadomo było jak długo ją zachowa. Mogła być ona bardzo ulotna, ale postanowił się zachowywać jak trzeba (przynajmniej w najbliższym czasie). Jego przyrodni brat właśnie dzisiaj brał ślub z bardzo urodziwą wampirzycą. Co prawda nie tak urodziwą jak Ally, ale i tak bardzo piękną. Nie wiedzieć, czemu pomyślał właśnie o niej. Myślał, że już dawno o niej zapomniał. Nie zajmowała jego myśli już tak długo, że sądził, że już dawno się uwolnił od siły miłości. Ale czy od miłości da się uwolnić? Ktoś mu kiedyś powiedział „Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą”. Ale czy ich miłość nadal żyje? Pewnie nie. Zresztą kluczowym problemem było to, że to nie była ICH miłość. Ona była tylko JEGO.
Allyssa na pewno nie pokochałaby kogoś takiego jak Kol Mikaelson. Pierwotny był tego pewien. No, bo niby, za co miałaby darzyć go uczuciem? Za wielką arogancję? Pewność siebie? Nienawiść i rządzę krwi?
***
Caroline jeszcze Forbes siedziała na wysokim czarnym krześle, czekając na kosmetyczkę, towarzyszyły jej wszystkie druhny. Jednak brakowało tej najważniejszej. Nigdzie nie było Allyssy Salvatore. Znając życie zaszyła się w jakimś ciemnym kącie i czytała książkę, bo do samej ceremonii zostały jeszcze trzy godziny. Ally druhną honorową została z polecenia przyszłego męża wampirzycy. Stwierdził, że dzięki temu Kol się uspokoi. A gdyby Ally nie udało się go uspokoić zaprosił też Sarę. Co prawda mogła wyjść z tego jedna wielka pomyłka, ale ufał swym bliskim, że nie będą robili scen. Wszystko dopięte było na ostatni guzik. Kościół przystrojony był czerwonymi jak krew różami. Mogłoby się wydawać, że wszystko jest wspaniale, ale niestety tak nie było. Kol z Ally właśnie dowiedzieli się, kto będzie ich partnerem. Nie byli z tego powodu zbytnio zadowoleni.
- Że niby ona?! Serio, Klaus?
- On?! Caroline!
- Popatrz tylko na nią w tej czerwonej sukience wygląda jak jakaś pokraka. Jak dziecko. I jeszcze daliście jej suknie z dekoltem. Co ona ma tam schować pomarańcze?
Tak naprawdę twierdził, że wyglądała cudnie. Ona zawsze wyglądała cudnie.
I wcale nie wyglądała jak dziecko. A z tym dekoltem to było istne kłamstwo. Oczywiście, że miała go, czym wypełnić, ale on był o nią tak bardzo zazdrosny…
- Nie, nie jestem dzieckiem. Tak mam, czym wypełnić to wcięcie. A jak masz ochotę na pomarańczę to musisz poczekać do wesela. Zapewniam Cię, że tam znajdziesz swoje ulubione owoce, a teraz daj mi spokój i zróbmy to, co mamy zrobić… Może uda nam się unikać siebie nawzajem przez resztę wieczoru.
- Przykro mi, Ally, ale niestety będziesz musiała go znosić przez całą uroczystość. Pamiętasz plany? – odezwała się zaniepokojona panna młoda.
- Tak, tak pamiętam – powiedziała szybko dziewczyna powstrzymując łzy.
Dlaczego on jej tak bardzo nienawidził? Co ona takiego mu zrobiła, że teraz musi znosić jego humory? Spotkała się z Zanem, ale go spławiła… On nie miał powodu do wyżywania się na niej…
- Tylko nam się nie popłacz skarbie – rzucił Kol z czystym sarkazmem.
- Kol! – krzyknął Klaus starając się przywołać brata do porządku. Hybryda nie rozumiał dlaczego jego brat tak się zachowuje w stosunku do swej ukochanej.
- Nie Niklaus, poradzę sobie sama. Możecie wyjść? Muszę z nim porozmawiać – poprosiła patrząc w światło, aby się nie rozpłakać.
- Jesteś pewna? – zapytała zaniepokojona wampirzyca. Bała się o Ally, o Kola, a także o swój ślub. Miał to być jeden z najwspanialszych dni w jej życiu, a jak na razie zapowiadał się tragicznie.
- Tak, Caroline nie martw się… W razie niebezpieczeństwa skierowanego ze strony tego bałwana zacznę wołać pomocy – rzekła przywołując na twarz wymuszony uśmiech i trzymała go tak długo, aż nie wyszli, dopóki nie została z nim sam na sam.
***
- CO JA CI TAKIEGO ZROBIŁAM DO CHOLERY?!
- Hmmm…. Zastanówmy się – powiedział siadając na krześle, jednak bardzo szybko z niego wstał.
- Wiesz, co nie mamy się, nad, czym zastanawiać. Wszystko spieprzyłeś… - szepnęła, jednak on ją usłyszał i wpadł w furię.
- JA?! JA WSZYSTKO SPIEPRZYŁEM?! KOCHAŁEM CIĘ DO CHOLERY!!!
JEDNAK TY I TAK WOLAŁAŚ ZANE!!! Co on takiego ma w sobie, czego nie mam ja? – to ostatnie wyszeptał…
- Kochałeś mnie? W takim razie, dlaczego zostawiłeś?
- Bo na ciebie nie zasługuję! Nigdy nie zasługiwałem i nigdy zasługiwać nie będę!
Tak a jest prawda! A to, że Klausowi i Damonowi się udało znaczy, że po prostu mieli szczęście. Szczęście, którego ja nie będę miał. Bo nigdy nie będę na tyle odważny, aby stracić cię po raz kolejny.
Dziewczyna stanęła przed nim. Ich ciała dzieliły dosłownie milimetry. Już miała go pocałować, gdy drzwi zostały otworzone z impetem. Młodzi odskoczyli od siebie jak poparzeni i zdążyli powiedzieć tylko bezgłośne „Przepraszam”.
***
- Swoją drogą to wcale nie wyglądasz jak małe dziecko – powiedział Pierwotny, gdy prowadził swą partnerkę przez długość kościoła.
- Ochh dziękuję… To, co już nie potrzebuję pomarańczy? – uśmiechnęła się, a jej głos wręcz ociekał sarkazmem.
- To pomarańcze potrzebują ciebie – rzucił krótko, a Ally nie wiedząc, co ma mu odpowiedzieć wyjąkała tylko „Aha” i uciekła wzrokiem na ołtarz. Tak było łatwiej… A ona ostatnio bardzo często szukała najprostszej drogi, bo w niej nie było czuć tego bólu i cierpienia….

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ogłoszenie Parafialne (któreś tam) Prima ;)


Z przykrością informuję, że ten blog zostaje zakończony... 
Nie ma czasu weny i ogólnie mi się nie chce... Więc nie ma sensu go zawieszać...
Naprawdę dziękuję za to, że byliście ze mną.... Nooo, ale cóż....
Żegnajcie :(  Ianka

PS. Nie bijcie xd
PSS Wam też tak się nudzi? Czy to tylko mnie?
Boo jeśli nie tylko mnie to piszcie ;)
 https://www.facebook.com/pages/That-kind-of-love-never-dies/237857406400329
lub na GG 50327493... Nie przeraźcie się moim wiekiem xd

(Serio nie wiem ile razy można aktualizować ten post)


O Bożeee aktualizacja po raz kolejny się szykuje....
Pisał ktoś z was test 6 klasisty dziś?
Bo chcę wiedzieć czy był trudny xd

sobota, 22 marca 2014

Rozdział 23.

Rozdział nie sprawdzany.... Ostrzegam, że błędów może być mnóstwo. 
Postaram się je poprawić w najbliższym czasie, ale jak na razie tego czasu nie mam. 

Rozdział tragiczny.... Nie miałam weny, a chciałam coś wam wstawić bo rozdziały już i tak dodaję bardzo rzadko. Mam nadzieję, że mimo wszytko mnie nie opuścicie :)
Obiecuję poprawę... 
Ianka :*






Po drodze do jej mieszkania spotkali kilku alkoholików, narkomanów, i alfonsów. Każdy obok którego przechodzili wyraził swoją zacną opinie na jej temat. Spotkała się z takimi wyzwiskami jak 'dziwka', 'puszczalska', 'łowczyni fortun', 'jednonocna przygoda'. Kol każdemu z nich chciał porządnie przywalić. Raz prawie by to zrobił. Powstrzymał go tylko jej głos. Mówił  ' nie warto ', ale tak naprawdę było warto. Od teraz była z nim. Będzie ją chronił, chodź by miał umrzeć. Na to się jednak nie zanosiło. Nikt nie miał kołka z białego dębu. Chwileczkę on znał kogoś kto go miał. Ale czy będzie w stanie go nim zabić? Chyba nie. Ale nigdy nic nie wiadomo. Przykro byłoby stracić swojego przyrodniego brata. Gdy weszli do jej rudery zwanej mieszkaniem. Po wcześniejszym zaproszeniu dziewczyna poszukała na ścianie czegoś co miało przypominać włącznik światła. Chwilę później w pokoju zrobiło się jasno. Pierwotny zobaczył wtedy: obdrapane ściany, niekompletną podłogę, gołą żarówkę wiszącą na samym środku. Nie obyło się też bez zwisających drzwi szafki kuchennej, stołu bez jednej nogi, który podpierał ścianę. Materac leżący w końcu pokoju służył za łóżko, a obok niego stał mały koszyk z zabawkami. Tak to z pewnością nie było mieszkanie w którym mieli mieszkać zdrowi na umyśle ludzie. Wraz z rozbłyśnięciem światła mały chłopiec , który spał w swym drewnianym łóżeczku otworzył swe czarne pełne zmęczenia przeplatanego z cierpieniem oczy. Były takie same jak oczy Sary - stwierdził Pierwotny.
- Co on tu robi? - zapytał zaniepokojonym, zaspanym głosem.
- To Kol pomoże nam się stąd wybić - wyjaśniła.
- I skończy się tak jak zawsze? - zapytał ponownie.
- Nie - zaprzeczył Mikaelson po kilku sekundach przemyślenia.
Po tym słowie Sara wzięła go w kąt pokoju i szepnęła zła.
- Czemu mu to powiedziałeś? Teraz będzie miał niepotrzebną nadzieję.
- Nie żadną niepotrzebną. Teraz jesteście pod moją opieką. Wyjedziemy stąd. Gdzie tylko chcesz i będziemy wiedli szczęśliwe, długie życie.
- Nie!!! - wykrzyczała tak, że siedzący na łóżku malec się przestraszył.
- Dlaczego znowu nie?
- Wyjdź stąd!
- Tylko jeśli wy wyjdziecie ze mną - rzekł.
- My nigdzie się nie wybieramy, ale ty tak - powiedziała i wypchnęła go za drzwi.
Żałowała, że w ogóle zaprosiła go do środka. Teraz mógł tu wejść kiedy tylko zechciał. Dlatego gdy tylko zobaczyła jak Kol wsiada do samochodu wzięła brata na ręce i poszła do opuszczonego mieszkania po drugiej stronie korytarza. Warunki były tam jeszcze gorsze niż u niej. Był jednak jeden plus. Wampir nie mógł tu wejść. Po zaśnięciu chłopca poszła wzięła swoje rzeczy i wróciła tam gdzie teraz było jej miejsce.

Zanim Pierwotny wsiadł do samochodu kopnął kilka razy w jego koło. Był wściekły kochał ją, ale ona go nie chciała. A z pewnością nie chciała się angażować. Dlaczego on tak zrażał do siebie kobiety. Najpierw Ally teraz Sara kto będzie następny? Przez tysiąc lat nie kochał nikogo. Gardził ludźmi, a teraz zakochał się w dwóch dziewczynach i każda wystawiła go do wiatru. Nad mężczyznami z jego rodu krążyło jakieś fatum.
Klaus starał się o Caroline jakieś 20 lat. Elijha o Katherine ok. 500 lat. A miłość Finna była trudna i skończyła się tragicznie. Jego ojciec został zdradzony przez matkę chociaż go nie było mu żal. Kol nie był jednak tak cierpliwy jak jego bracia, dlatego żeby nie cierpieć wyłączył to. Brak uczuć jest równy braku zmartwień i to właśnie było wspaniałe w byciu wampirem. Gdy coś nie szło mogłeś po prostu to wyłączyć. A konsekwencje? A konsekwencje przyjdą później.

Przygotowania do ślubu dopięte były na ostatni guzik. Brakowało tylko świadków. Jednym z nich miał być Elijha, ale stwierdził, że nie może bo... bo nie może. Taka była jego wyczerpująca odpowiedź. No trudno, żyje się dalej.  Jednak brak tak ważnej osoby bardzo doskwierał Klausowi. Jego kontakty z " przyjaciółmi " nie układały się najlepiej. Każdy nadal miał w głowie niezbyt miłe wspomnienia. Śmierć i inne takie mało ważne duperele. Kiedyś nigdy by się czymś takim nie przejmował. Teraz było inaczej. Miał kogoś kto go kochał. Miłością prawdziwą, jedyną i nie powtarzalną. Gdy plan z Elijhą nie wypalił postanowił spytać Kola. Co prawda nie był z nim blisko, ale teraz wszystko może wyjść inaczej. Bez sztyletowania, zabijania, torturowania. Teraz mogą być rodziną. Taką jaką byli przed przemianą. Wtedy wszystko było inne.

Retrospekcja:
Powietrze na zewnątrz było rześkie. Ostatnie promienie słońca zaszły kilka minut temu. Ognisko żarzyło się jasnym blaskiem. Na poustawianych koło niego kłodach siedzieli dwaj bracia. Klaus i Kol. Rozmawiali między sobą o czymś ważnym półszeptem. Obydwoje byli jeszcze w żałobie po swym młodszym bracie Henricku. Nie zwracali uwagi nawet na siedzącego po drugiej stronie Elijhe, który rozmawiał z smutną Tatią, która koniecznie chciała wiedzieć co się stało. Kiedyś taki widok na pewno ruszyłby Niklausa. Teraz wszystko było mu obojętne. Po kilku minutach najmłodszy żywy Mikaelson  udał się do lasu. Po godzinie dołączył do niego starszy brat wraz z czarownicą.
- Co ona tu robi? - spytał zaciekawiony.
- Jest tu żeby Ci pomóc - wyjaśnił.
- Pomóc niby jak? Przecież nic nie przywróci Henricka spowrotem.
- Jest sposób żeby to wyłączyć. Żeby stracić ten ból.
- Mam zapomnieć o moim własnym bracie?
- W pewnym sensie. Tylko to pomoże.
- Wiesz co Klaus? Chrzań się - powiedział i wszedł głębiej w las.

To właśnie to wydarzenie tak ich poróżniło. Każdy z nich chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. Każdy z nich chciał szczęścia tego drugiego, a to doprowadzało do ich jeszcze większego poróżnienia. Jednak Nikalaus nie zważając na przeszłość. Burzliwą przeszłość zadzwonił i zapytał. Po pierwszych słowach wiedział, że coś jest nie tak.
- Hey Kol.
- No proszę kto dzwoni. Mój "wspaniały" brat Klaus.
- Wyłączyłeś to prawda? - spytał.
- Może tak, może nie - dostał w odpowiedzi.
- Dlaczego?
- Hmm.. Powiedzmy, że miałem wszystkiego dość. Starczy?
- Ok zostawmy to nie chcę się z tobą kłóci. Chcę Cię prosić tylko o jedno..
- Mój wspaniałomyślny brat coś ode mnie chce. Powiem Ci jedno pieprz się.
- Chciałem Cię prosić o to abyś został świadkiem na moim ślubie - dokończył nie zważając na wcześniejsze słowa brata.

W tej chwili coś pękło w młodszym z braci Mikaelson. Jego więź z bratem kiedyś była bardzo silna. Zmieniła się wraz z jego głupią propozycją. Było to jeszcze przed przemianą. Stulecie leżenia w trumnie też zrobiło swoje. Teraz byli sobie zupełnie obcy. Nie łączyło ich zupełnie nic. Jednak Kol zgodził się na propozycję brata zbywając go niewyraźnym 'dobrze'. Hybryda wiedziała, że to pewnie wszystko przez tą dziewczynę, którą poznał jego brat. Ostatnio był bardzo kochliwy. Tak czy inaczej musi ją zaprosić żeby sprowadzić go na dobrą drogę, jednak czy nie lepsza byłaby Ally? A co się stanie gdy będą tam obie? To chyba jeszcze nie pora, aby o tym wszystkim myśleć

Kol siedział jeszcze chwilę w osłupieniu. Rozmyślał nad propozycją brata i nad tym dlaczego się zgodził. Po chwili przekręcił kluczyk w stacyjce i pojechał w stronę Nowego Orleanu. Zawsze sądził, że to tam jest jego miejsce. Miejsce w którym potrafi być szczęśliwym.

Allyssa chodziła po sklepach w Mystic Falls. Szukała odpowiedniej rzeczy na zbliżający się ślub Caroline i Klausa. Nie miała pojęcia co wybrać aż w pewnym sklepie natknęła się na Rebekah.
- Hey co tu robisz? - spytała ciekawa.
- Wydaję mi się, że to samo co ty - odpowiedziała pierwotna ze śmiechem.
- I pewnie tak jak ja nie możesz nic znaleźć - powiedziała Salvatorówna patrząc na puste ręce dziewczyny swojego ojca.
- Skąd wiedziałaś?
- Intuicja.
- Pójdziemy na kawę?
- Z miłą chęcią - usłyszała wampirzyca w odpowiedzi i obie poszły w stronę wyjścia żeby dostać się do Mystic Grilla.




poniedziałek, 17 marca 2014

Miniaturka 1. - Wieczny Ukochany

Wiem, że to nie kolejny rozdział, ale jakoś ostatnio nie mam weny... Napisałam jednak ostatnio kilka miniaturek... Zacznę od tej najstarszej, którą napisałam jak miałam może jakieś jedenaście lat więc się nie przeraźcie :D Kocham was, nie zawiodę dziękuję <3

 Pewnego słonecznego dnia każdy myślał, że wszystko ułoży się w końcu po jego myśli. Nikt jednak nie wiedział jak bardzo się mylił. W pewnym momencie niebo zasnuły ciemne chmury. Bóg okazywał wtedy żałobę po wspaniałym godnym zaufania mężczyźnie. Mimo, że owy mężczyzna znał mnóstwo osób na jego pogrzebie pojawiła się ich tylko garstka. Płakała tylko jedna kobieta. Nikt by nie pomyślał, że to właśnie ona uroni łzy po tym człowieku. Zawsze mieli z sobą na pieńku. W latach szkolnych można było powiedzieć, że jako tako się tolerowali. On jednak wyjechał szybciej niż miał. Nie poczekał nawet do rozdania świadectw. Ona myślała, że bez niego obok będzie łatwiej. Myślała, że nie będzie tęskniła. Tęskniła jednak jak cholera. Gdy przyjechał była najszczęśliwszą osobą na ziemi. On jednak tak szybko musiał wracać. Do swojego nowego świata, bez niej. W święta miała mu powiedzieć co do niego czuje. Jednak los jej przeszkodził. Nie zdążyła. Napisała tylko list. List w którym opisała wszystko. To jak bardzo go nienawidziła. To ja bardzo kochała. To ja bardzo była szczęśliwa. To ja bardzo była wdzięczna. To wszystko co chciała mu powiedzieć przed śmiercią. A było tego sporo. Wrzuciła również wspólne zdjęcia. A po skończonej ceremonii siedziała tam jeszcze bardzo długo. Płakała. Przychodziła tam jeszcze codziennie przez pięć lat. Każdego dnia. Tylko ona. Wszyscy kazali jej przestać. Mówili, że to bez sensu. Nie mieli racji. Gdy stamtąd wracała była weselsza. Później przychodziła coraz rzadziej. Ale wiedziała, że on nie będzie na nią zły. Wiedziała, że to dzięki niemu spotkała kolejną osobę, którą pokochała. Mimo to nigdy nie zapomniała o mężczyźnie, który pierwszy zajął jej serce. Bo pierwszej miłości się nie zapomina obojętnie w jak tragiczny sposób by się skończyła. Nie trudno było się domyślić, że gdy urodził jej się syn nazwała go imieniem swojego ukochanego. Bajka jednak nie trwała długo. To imię chyba przyciągało same nieszczęścia. Jej mały synek zachorował na białaczkę.Każdego dnia tracił siły. Nie reagował na leki. Koniec był bliski. Ona zaczęła się modlić. Do niego. Miała tylko jego. Odkąd jej
mąż odszedł chwilę po ukazaniu diagnozy miała tylko jego i swoje kochane dziecko. Nikogo więcej. Przez te wszystkie lata zraziła do siebie wielu ludzi. Zbyt wielu. Modlitwa pomogła. Jej anioł stróż i tym razem pomógł. Wtedy po raz kolejny zaczęła odwiedzać cmentarz. Napisała kolejny list. I cały czas czuła go przy sobie. Nie wiedziała jednak jeszcze jak bardzo będzie szczęśliwa. Szczęśliwa z nim. Myślała, że to nie możliwe. On przecież leżał dwa metry pod ziemią. Sama widziała jak go chowają. Jak zamykają jego ciało w trumnie. Jak przewożą go cmentarz. Jak wszyscy układają kwiaty na jego grobie. Więc go nie mogło być. Nie istniało żadne istotne wytłumaczenie na jego późniejsze pojawienie się. Gdy ujrzała go później przed jej drzwiami nie wierzyła w to. Śniła o nim. To jednak miało wystarczyć. Miała się z nim spotkać. Później. Nie teraz. Teraz nie była gotowa. A zobaczenie go w żywej wersji było straszne. Nie realne. Okropne wręcz. Straszne i tragiczne. Mimo to była bardzo szczęśliwa. Bo jak tu nie być szczęśliwym gdy jedyny ukochany wraca z zaświatów na spotkanie z tobą? Nie da się. Miłość jest wieczna. Przynajmniej ta pierwsza. Ostatnia zresztą też. Tylko, że w tym wypadku ostatnia była pierwszą, a pierwsza ostatnią. Dziwne prawda? Ona też tak myślała. Opłakiwać go ze smutkiem, a później płakać ze szczęścia padając w jego ramiona. Ale życie takie jest. Nieprzewidywalne. Szalone. Piękne.

"Przyjdziesz do mnie we śnie, a następnie
 W ciągu dnia powrócę do zdrowia
 Wówczas noc będzie wynagrodzeniem
 Beznadziejnej tęsknoty za dnia.".