piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 24.

Nooo więc mamy kolejny rozdział. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 
Przepraszam, że teraz, ale byłam chora i nie miałam siły pisać...
Pozdrawiam Ianka ;*


Ally wraz ze swoją "przyjaciółką", a dokładniej dziewczyną swojego ojca siedziała, w Mystic Grillu i popijała małymi łyczkami zimną latte z bitą śmietaną i lodem jedząc tarte cytrynową. Rebekah piła sok pomarańczowy i jadła duży kawałek ciasta czekoladowego. Jedząc przeglądały zdjęcia z wycieczki Pierwotnej z chłopakiem nad jezioro. Były słodkie. Po chwili ze strony Salvatorówny nastało dość krępujące pytanie:
- Jak poznałaś mojego ojca?
Panienka Mikaelson nie wiedząc, co ma powiedzieć po swojej własnej bitwie z myślami wykrztusiła
- Chciałam go zabić.
- Dobrze to dość dziwne kochać się w kimś, kogo wcześniej chciało się zabić. Nie uważasz?
- A co na tym świecie nie jest dziwne? Wiesz z naukowego punktu widzenia nie powinno mnie tu być, a jednak jestem i mam zamiar się upić - zaśmiała się.
- Może i masz racje - odpowiedziała niepewnie - to, co wołamy kelnera? Twarz pierwotnej pokrył uśmiech od ucha do ucha, a jej ręka wyskoczyła w górę w geście ' zamawiam'.
Tak teraz już każda z nich wiedziała, co ma zamiar robić do zamknięcia lokalu. Najlepsze byłoby upicie do nieprzytomności, ale co wtedy powiedziałby pan trzymający klucz od domu?

~ Kilkanaście godzin i butelek później ~
- Podoba mi się ten barman - rzekła nawalona Ally.
- To idź i zagadaj, ja nie mogę, rozumiesz twój ojciec i te sprawy - powiedziała posyłając ukradkiem spojrzenie w stronę drugiego końca sali.Obie wybuchnęły niepowstrzymanym śmiechem. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Zapewne to zasługa alkoholu. Kilka minut później po opróżnieniu swojego kieliszka nastolatka spadła ze swojego krzesła z wielkim hukiem. Nie pokrzyżowało jej to jednak planów. Z "niewielkimi" trudnościami wstała i podeszła do baru, przy którym właśnie stał wypatrzony przez nią przystojniak. Droga nie była łatwa cały czas potykała się o własne nogi. Gdy była już w połowie wytyczonej przez siebie trasy zdjęła swoje wysokie szpilki i poszła dalej boso trzymając buty w ręce.
- Hey - powiedziała podpierając nonszalancko ścianę.
- No proszę nasza Allyssa jest pijana to chyba pierwszy raz w życiu.
- Skąd znasz moje imię?
- Nie pamiętasz mnie? Chyba twój mózg po alkoholu płata ci figle.
Ok dla ciebie zrobię wyjątek i ci przypomnę jestem Zane McAllister.
- Zanee ładne imię - powiedziała przeciągając samogłoski.
- Może tak, może nie, ale ty naprawdę mnie nie pamiętasz.
- Chyba tak - rzekła z powątpiewaniem.
-Czyli nie pamiętasz, że Cię kocham, że przeze mnie straciłaś Kola, matkę, a najlepsze zostawiłem na koniec... Stałaś się tym, kim się stałaś.
- To "stałaś się tym, kim się stałaś" zabrzmiało tak tajemniczo mógłbyś mi to wytłumaczyć?
- Nie dzisiaj, a jak wytrzeźwiejesz to wszystko Ci się przypomni.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś?
- Zapewne.
Po chwili było słychać głos Rebekhy mówiący ' Ja wracam do domu idziesz ze mną?
Ally wypowiedziała bezgłośne ' tak ' i udała się w stronę stolika, aby zabrać swoje rzeczy po czym dogoniła koleżankę przy drzwiach.
***

Pierwotny czując okropny głód szedł ulicą. Trafił do najgorszej części miasta. Przy latarni stała skąpo ubrana dziewczyna. Mogła mieć z 19 lat. Robiła, jako prostytutka. 'Idealna okazja, aby połączyć przyjemne z użytecznym' - pomyślał i zaciągnął ją w ciemny zaułek. Przez chwilę stawiała opór jednak patrząc w dół na jego drogie buty od projektanta przestała.
- Co zamierzasz? - spytała półgłosem.
- Jeszcze nie wiem coś wymyślę - odpowiedział.
- Skrzywdzisz mnie? - zapytała przestraszona.
- Może tak, może nie to zależy.
- Zależy? Zależy, od czego?
- Zadajesz za dużo pytań.
- Ok, spytam jeszcze raz skrzywdzisz mnie?
- Odpowiedziałem, że nie wiem.
- Rób co chcesz mnie to już w ogóle nie obchodzi.
- Dlaczego?
- Tak po prostu. Lepiej zacznij to, co zacząłeś.
- Opowiedz mi osobie.
Widać było, że nawet bez uczuć starał się być lepszy. Było to dziwne, ale prawdziwe. Nie wiedział, dlaczego. Nikt nie wiedział. Po prostu po spotkaniu Ally, a później Sary coś w jego ciele stwierdziło, że czas dorosnąć.
- Chyba nie muszę - powiedziała.
- Owszem musisz - rzekł ukazując swoje śnieżnobiałe, ostre kły.
- Czym ty jesteś?- spytała przestraszona cofając się aż natrafiła na ścianę.
- Nie widać? Wampirem - powiedział akcentując dokładnie ostatnie słowo.
Gdy się przybliżał jej serce zaczęło bić szybciej. Dużo szybciej. Jej żyły pompowały coraz więcej krwi. Oddech stawał się cięższy. Natomiast ciało odmawiało posłuszeństwa. Noc tej dwójki nie zapowiadała się najlepiej. Nic nie wskazywało na to, aby skończyła się szczęśliwie.
- To, co opowiesz mi o sobie czy te kły - przejechał po nich językiem - mają znaleźć się w Twoim ciele?
- Dobrze już dobrze - powiedziała - tylko się odsuń.
Pierwotny niechętnie zrobił to, co mu kazała. Podszedł bliżej ulicy. Koło śmietnika napotkał stary fotel. Przyniósł go blisko swej ofiary i usiadł na poręczy. Dziewczyna zaczęła swój monolog.
- Gdy byłam małym dzieckiem zostałam zgwałcona przez mojego ojczyma. Moja matka mi nie wierzyła, dlatego oddała mnie do babci. Gdy ta jednak umarła matka była już w Londynie. Zrzekła się mnie i trafiłam do domu dziecka. Siedziałam tak jakieś trzy lata. Adoptowała mnie jakaś para homoseksualistów. Nie zagrzałam tam jednak miejsca na długo. Rozstali się i żaden nie chciał mieć ciężaru w postaci dziecka. Okres dorastania spędziłam w poprawczaku po tym jak niechcący zabiłam policjanta. A teraz robię to, co robię.
- Ciekawie.. Nie chciałaś nigdy zmienić czegoś w swoim życiu?
- Często, ale jak na razie interes się kręci także nie widzę potrzeby..
- To nazywasz interesem - przerwał jej.
- No tak, a czym?
- Na moje to niszczenie sobie życia, ale co ja tam, wiem. W końcu żyję tylko trochę ponad 1000 lat. Ale jeśli tego naprawdę chcesz..
Podszedł do niej, wgryzł się w szyję i ze smakiem wysysał ostatnie resztki życia.
- Mi to jednak nie odpowiada, więc żegnaj - dokończył wrzucając jej ciało do pobliskiego śmietnika.
Ach jak on uwielbiał takie zabawy psychologiczne. I właśnie to różniło go od innych ze swojej rasy. Tamci napadali i pili. On rozmawiał, kazał opowiedzieć o swoim życiu i dopiero wtedy przystępował do działania.
***
Sara w swym nowym mieszkaniu przygotowywała się do pracy. Robiła mocny makijaż przy potłuczonym lustrze. Tylko na takie było ją stać w okolicznym sklepie. Ubierając się w to myślała o tym, co pomyślałby Kol gdyby ją zobaczył. Czy by ją wyśmiał przez te wszystkie ćwieki czy błagałby żeby do niego wróciła. Ale dlaczego miała wracać, jeśli nigdy nie byli razem? Zamyślona nie poczuła nawet lekkiego dotyku małej raczki na swoich plecach?
- Znów wychodzisz? - zapytał chłopiec cicho.
- Tak kochanie. Ktoś musi pracować, aby mieć na jedzenie.
- Czemu wygnałaś Kola? Był bardzo miły i widać było, że coś do ciebie czuje - powiedział zbyt dorośle jak na swój wiek.
- Nie słoneczko. Tylko Ci się tak wydaje. Tak naprawdę Kol jest zły i arogancki - wytłumaczyła.
- Mylisz się - odrzekł i wszedł do łóżka.
- Czemu go tak bronisz? - spytała.
- Ponieważ zawsze mi mówiłaś, że każdy zasługuję na drugą szansę.
- Tak, tak pamiętam, ale nie on.
- Niech Ci będzie - skłamał obmyślając własny plan.

~ Trochę później, Rzym~

Kol Mikaelson po części odzyskał swoją ludzką naturę. Jednak nie wiadomo było jak długo ją zachowa. Mogła być ona bardzo ulotna, ale postanowił się zachowywać jak trzeba (przynajmniej w najbliższym czasie). Jego przyrodni brat właśnie dzisiaj brał ślub z bardzo urodziwą wampirzycą. Co prawda nie tak urodziwą jak Ally, ale i tak bardzo piękną. Nie wiedzieć, czemu pomyślał właśnie o niej. Myślał, że już dawno o niej zapomniał. Nie zajmowała jego myśli już tak długo, że sądził, że już dawno się uwolnił od siły miłości. Ale czy od miłości da się uwolnić? Ktoś mu kiedyś powiedział „Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą”. Ale czy ich miłość nadal żyje? Pewnie nie. Zresztą kluczowym problemem było to, że to nie była ICH miłość. Ona była tylko JEGO.
Allyssa na pewno nie pokochałaby kogoś takiego jak Kol Mikaelson. Pierwotny był tego pewien. No, bo niby, za co miałaby darzyć go uczuciem? Za wielką arogancję? Pewność siebie? Nienawiść i rządzę krwi?
***
Caroline jeszcze Forbes siedziała na wysokim czarnym krześle, czekając na kosmetyczkę, towarzyszyły jej wszystkie druhny. Jednak brakowało tej najważniejszej. Nigdzie nie było Allyssy Salvatore. Znając życie zaszyła się w jakimś ciemnym kącie i czytała książkę, bo do samej ceremonii zostały jeszcze trzy godziny. Ally druhną honorową została z polecenia przyszłego męża wampirzycy. Stwierdził, że dzięki temu Kol się uspokoi. A gdyby Ally nie udało się go uspokoić zaprosił też Sarę. Co prawda mogła wyjść z tego jedna wielka pomyłka, ale ufał swym bliskim, że nie będą robili scen. Wszystko dopięte było na ostatni guzik. Kościół przystrojony był czerwonymi jak krew różami. Mogłoby się wydawać, że wszystko jest wspaniale, ale niestety tak nie było. Kol z Ally właśnie dowiedzieli się, kto będzie ich partnerem. Nie byli z tego powodu zbytnio zadowoleni.
- Że niby ona?! Serio, Klaus?
- On?! Caroline!
- Popatrz tylko na nią w tej czerwonej sukience wygląda jak jakaś pokraka. Jak dziecko. I jeszcze daliście jej suknie z dekoltem. Co ona ma tam schować pomarańcze?
Tak naprawdę twierdził, że wyglądała cudnie. Ona zawsze wyglądała cudnie.
I wcale nie wyglądała jak dziecko. A z tym dekoltem to było istne kłamstwo. Oczywiście, że miała go, czym wypełnić, ale on był o nią tak bardzo zazdrosny…
- Nie, nie jestem dzieckiem. Tak mam, czym wypełnić to wcięcie. A jak masz ochotę na pomarańczę to musisz poczekać do wesela. Zapewniam Cię, że tam znajdziesz swoje ulubione owoce, a teraz daj mi spokój i zróbmy to, co mamy zrobić… Może uda nam się unikać siebie nawzajem przez resztę wieczoru.
- Przykro mi, Ally, ale niestety będziesz musiała go znosić przez całą uroczystość. Pamiętasz plany? – odezwała się zaniepokojona panna młoda.
- Tak, tak pamiętam – powiedziała szybko dziewczyna powstrzymując łzy.
Dlaczego on jej tak bardzo nienawidził? Co ona takiego mu zrobiła, że teraz musi znosić jego humory? Spotkała się z Zanem, ale go spławiła… On nie miał powodu do wyżywania się na niej…
- Tylko nam się nie popłacz skarbie – rzucił Kol z czystym sarkazmem.
- Kol! – krzyknął Klaus starając się przywołać brata do porządku. Hybryda nie rozumiał dlaczego jego brat tak się zachowuje w stosunku do swej ukochanej.
- Nie Niklaus, poradzę sobie sama. Możecie wyjść? Muszę z nim porozmawiać – poprosiła patrząc w światło, aby się nie rozpłakać.
- Jesteś pewna? – zapytała zaniepokojona wampirzyca. Bała się o Ally, o Kola, a także o swój ślub. Miał to być jeden z najwspanialszych dni w jej życiu, a jak na razie zapowiadał się tragicznie.
- Tak, Caroline nie martw się… W razie niebezpieczeństwa skierowanego ze strony tego bałwana zacznę wołać pomocy – rzekła przywołując na twarz wymuszony uśmiech i trzymała go tak długo, aż nie wyszli, dopóki nie została z nim sam na sam.
***
- CO JA CI TAKIEGO ZROBIŁAM DO CHOLERY?!
- Hmmm…. Zastanówmy się – powiedział siadając na krześle, jednak bardzo szybko z niego wstał.
- Wiesz, co nie mamy się, nad, czym zastanawiać. Wszystko spieprzyłeś… - szepnęła, jednak on ją usłyszał i wpadł w furię.
- JA?! JA WSZYSTKO SPIEPRZYŁEM?! KOCHAŁEM CIĘ DO CHOLERY!!!
JEDNAK TY I TAK WOLAŁAŚ ZANE!!! Co on takiego ma w sobie, czego nie mam ja? – to ostatnie wyszeptał…
- Kochałeś mnie? W takim razie, dlaczego zostawiłeś?
- Bo na ciebie nie zasługuję! Nigdy nie zasługiwałem i nigdy zasługiwać nie będę!
Tak a jest prawda! A to, że Klausowi i Damonowi się udało znaczy, że po prostu mieli szczęście. Szczęście, którego ja nie będę miał. Bo nigdy nie będę na tyle odważny, aby stracić cię po raz kolejny.
Dziewczyna stanęła przed nim. Ich ciała dzieliły dosłownie milimetry. Już miała go pocałować, gdy drzwi zostały otworzone z impetem. Młodzi odskoczyli od siebie jak poparzeni i zdążyli powiedzieć tylko bezgłośne „Przepraszam”.
***
- Swoją drogą to wcale nie wyglądasz jak małe dziecko – powiedział Pierwotny, gdy prowadził swą partnerkę przez długość kościoła.
- Ochh dziękuję… To, co już nie potrzebuję pomarańczy? – uśmiechnęła się, a jej głos wręcz ociekał sarkazmem.
- To pomarańcze potrzebują ciebie – rzucił krótko, a Ally nie wiedząc, co ma mu odpowiedzieć wyjąkała tylko „Aha” i uciekła wzrokiem na ołtarz. Tak było łatwiej… A ona ostatnio bardzo często szukała najprostszej drogi, bo w niej nie było czuć tego bólu i cierpienia….

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ogłoszenie Parafialne (któreś tam) Prima ;)


Z przykrością informuję, że ten blog zostaje zakończony... 
Nie ma czasu weny i ogólnie mi się nie chce... Więc nie ma sensu go zawieszać...
Naprawdę dziękuję za to, że byliście ze mną.... Nooo, ale cóż....
Żegnajcie :(  Ianka

PS. Nie bijcie xd
PSS Wam też tak się nudzi? Czy to tylko mnie?
Boo jeśli nie tylko mnie to piszcie ;)
 https://www.facebook.com/pages/That-kind-of-love-never-dies/237857406400329
lub na GG 50327493... Nie przeraźcie się moim wiekiem xd

(Serio nie wiem ile razy można aktualizować ten post)


O Bożeee aktualizacja po raz kolejny się szykuje....
Pisał ktoś z was test 6 klasisty dziś?
Bo chcę wiedzieć czy był trudny xd

sobota, 22 marca 2014

Rozdział 23.

Rozdział nie sprawdzany.... Ostrzegam, że błędów może być mnóstwo. 
Postaram się je poprawić w najbliższym czasie, ale jak na razie tego czasu nie mam. 

Rozdział tragiczny.... Nie miałam weny, a chciałam coś wam wstawić bo rozdziały już i tak dodaję bardzo rzadko. Mam nadzieję, że mimo wszytko mnie nie opuścicie :)
Obiecuję poprawę... 
Ianka :*






Po drodze do jej mieszkania spotkali kilku alkoholików, narkomanów, i alfonsów. Każdy obok którego przechodzili wyraził swoją zacną opinie na jej temat. Spotkała się z takimi wyzwiskami jak 'dziwka', 'puszczalska', 'łowczyni fortun', 'jednonocna przygoda'. Kol każdemu z nich chciał porządnie przywalić. Raz prawie by to zrobił. Powstrzymał go tylko jej głos. Mówił  ' nie warto ', ale tak naprawdę było warto. Od teraz była z nim. Będzie ją chronił, chodź by miał umrzeć. Na to się jednak nie zanosiło. Nikt nie miał kołka z białego dębu. Chwileczkę on znał kogoś kto go miał. Ale czy będzie w stanie go nim zabić? Chyba nie. Ale nigdy nic nie wiadomo. Przykro byłoby stracić swojego przyrodniego brata. Gdy weszli do jej rudery zwanej mieszkaniem. Po wcześniejszym zaproszeniu dziewczyna poszukała na ścianie czegoś co miało przypominać włącznik światła. Chwilę później w pokoju zrobiło się jasno. Pierwotny zobaczył wtedy: obdrapane ściany, niekompletną podłogę, gołą żarówkę wiszącą na samym środku. Nie obyło się też bez zwisających drzwi szafki kuchennej, stołu bez jednej nogi, który podpierał ścianę. Materac leżący w końcu pokoju służył za łóżko, a obok niego stał mały koszyk z zabawkami. Tak to z pewnością nie było mieszkanie w którym mieli mieszkać zdrowi na umyśle ludzie. Wraz z rozbłyśnięciem światła mały chłopiec , który spał w swym drewnianym łóżeczku otworzył swe czarne pełne zmęczenia przeplatanego z cierpieniem oczy. Były takie same jak oczy Sary - stwierdził Pierwotny.
- Co on tu robi? - zapytał zaniepokojonym, zaspanym głosem.
- To Kol pomoże nam się stąd wybić - wyjaśniła.
- I skończy się tak jak zawsze? - zapytał ponownie.
- Nie - zaprzeczył Mikaelson po kilku sekundach przemyślenia.
Po tym słowie Sara wzięła go w kąt pokoju i szepnęła zła.
- Czemu mu to powiedziałeś? Teraz będzie miał niepotrzebną nadzieję.
- Nie żadną niepotrzebną. Teraz jesteście pod moją opieką. Wyjedziemy stąd. Gdzie tylko chcesz i będziemy wiedli szczęśliwe, długie życie.
- Nie!!! - wykrzyczała tak, że siedzący na łóżku malec się przestraszył.
- Dlaczego znowu nie?
- Wyjdź stąd!
- Tylko jeśli wy wyjdziecie ze mną - rzekł.
- My nigdzie się nie wybieramy, ale ty tak - powiedziała i wypchnęła go za drzwi.
Żałowała, że w ogóle zaprosiła go do środka. Teraz mógł tu wejść kiedy tylko zechciał. Dlatego gdy tylko zobaczyła jak Kol wsiada do samochodu wzięła brata na ręce i poszła do opuszczonego mieszkania po drugiej stronie korytarza. Warunki były tam jeszcze gorsze niż u niej. Był jednak jeden plus. Wampir nie mógł tu wejść. Po zaśnięciu chłopca poszła wzięła swoje rzeczy i wróciła tam gdzie teraz było jej miejsce.

Zanim Pierwotny wsiadł do samochodu kopnął kilka razy w jego koło. Był wściekły kochał ją, ale ona go nie chciała. A z pewnością nie chciała się angażować. Dlaczego on tak zrażał do siebie kobiety. Najpierw Ally teraz Sara kto będzie następny? Przez tysiąc lat nie kochał nikogo. Gardził ludźmi, a teraz zakochał się w dwóch dziewczynach i każda wystawiła go do wiatru. Nad mężczyznami z jego rodu krążyło jakieś fatum.
Klaus starał się o Caroline jakieś 20 lat. Elijha o Katherine ok. 500 lat. A miłość Finna była trudna i skończyła się tragicznie. Jego ojciec został zdradzony przez matkę chociaż go nie było mu żal. Kol nie był jednak tak cierpliwy jak jego bracia, dlatego żeby nie cierpieć wyłączył to. Brak uczuć jest równy braku zmartwień i to właśnie było wspaniałe w byciu wampirem. Gdy coś nie szło mogłeś po prostu to wyłączyć. A konsekwencje? A konsekwencje przyjdą później.

Przygotowania do ślubu dopięte były na ostatni guzik. Brakowało tylko świadków. Jednym z nich miał być Elijha, ale stwierdził, że nie może bo... bo nie może. Taka była jego wyczerpująca odpowiedź. No trudno, żyje się dalej.  Jednak brak tak ważnej osoby bardzo doskwierał Klausowi. Jego kontakty z " przyjaciółmi " nie układały się najlepiej. Każdy nadal miał w głowie niezbyt miłe wspomnienia. Śmierć i inne takie mało ważne duperele. Kiedyś nigdy by się czymś takim nie przejmował. Teraz było inaczej. Miał kogoś kto go kochał. Miłością prawdziwą, jedyną i nie powtarzalną. Gdy plan z Elijhą nie wypalił postanowił spytać Kola. Co prawda nie był z nim blisko, ale teraz wszystko może wyjść inaczej. Bez sztyletowania, zabijania, torturowania. Teraz mogą być rodziną. Taką jaką byli przed przemianą. Wtedy wszystko było inne.

Retrospekcja:
Powietrze na zewnątrz było rześkie. Ostatnie promienie słońca zaszły kilka minut temu. Ognisko żarzyło się jasnym blaskiem. Na poustawianych koło niego kłodach siedzieli dwaj bracia. Klaus i Kol. Rozmawiali między sobą o czymś ważnym półszeptem. Obydwoje byli jeszcze w żałobie po swym młodszym bracie Henricku. Nie zwracali uwagi nawet na siedzącego po drugiej stronie Elijhe, który rozmawiał z smutną Tatią, która koniecznie chciała wiedzieć co się stało. Kiedyś taki widok na pewno ruszyłby Niklausa. Teraz wszystko było mu obojętne. Po kilku minutach najmłodszy żywy Mikaelson  udał się do lasu. Po godzinie dołączył do niego starszy brat wraz z czarownicą.
- Co ona tu robi? - spytał zaciekawiony.
- Jest tu żeby Ci pomóc - wyjaśnił.
- Pomóc niby jak? Przecież nic nie przywróci Henricka spowrotem.
- Jest sposób żeby to wyłączyć. Żeby stracić ten ból.
- Mam zapomnieć o moim własnym bracie?
- W pewnym sensie. Tylko to pomoże.
- Wiesz co Klaus? Chrzań się - powiedział i wszedł głębiej w las.

To właśnie to wydarzenie tak ich poróżniło. Każdy z nich chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. Każdy z nich chciał szczęścia tego drugiego, a to doprowadzało do ich jeszcze większego poróżnienia. Jednak Nikalaus nie zważając na przeszłość. Burzliwą przeszłość zadzwonił i zapytał. Po pierwszych słowach wiedział, że coś jest nie tak.
- Hey Kol.
- No proszę kto dzwoni. Mój "wspaniały" brat Klaus.
- Wyłączyłeś to prawda? - spytał.
- Może tak, może nie - dostał w odpowiedzi.
- Dlaczego?
- Hmm.. Powiedzmy, że miałem wszystkiego dość. Starczy?
- Ok zostawmy to nie chcę się z tobą kłóci. Chcę Cię prosić tylko o jedno..
- Mój wspaniałomyślny brat coś ode mnie chce. Powiem Ci jedno pieprz się.
- Chciałem Cię prosić o to abyś został świadkiem na moim ślubie - dokończył nie zważając na wcześniejsze słowa brata.

W tej chwili coś pękło w młodszym z braci Mikaelson. Jego więź z bratem kiedyś była bardzo silna. Zmieniła się wraz z jego głupią propozycją. Było to jeszcze przed przemianą. Stulecie leżenia w trumnie też zrobiło swoje. Teraz byli sobie zupełnie obcy. Nie łączyło ich zupełnie nic. Jednak Kol zgodził się na propozycję brata zbywając go niewyraźnym 'dobrze'. Hybryda wiedziała, że to pewnie wszystko przez tą dziewczynę, którą poznał jego brat. Ostatnio był bardzo kochliwy. Tak czy inaczej musi ją zaprosić żeby sprowadzić go na dobrą drogę, jednak czy nie lepsza byłaby Ally? A co się stanie gdy będą tam obie? To chyba jeszcze nie pora, aby o tym wszystkim myśleć

Kol siedział jeszcze chwilę w osłupieniu. Rozmyślał nad propozycją brata i nad tym dlaczego się zgodził. Po chwili przekręcił kluczyk w stacyjce i pojechał w stronę Nowego Orleanu. Zawsze sądził, że to tam jest jego miejsce. Miejsce w którym potrafi być szczęśliwym.

Allyssa chodziła po sklepach w Mystic Falls. Szukała odpowiedniej rzeczy na zbliżający się ślub Caroline i Klausa. Nie miała pojęcia co wybrać aż w pewnym sklepie natknęła się na Rebekah.
- Hey co tu robisz? - spytała ciekawa.
- Wydaję mi się, że to samo co ty - odpowiedziała pierwotna ze śmiechem.
- I pewnie tak jak ja nie możesz nic znaleźć - powiedziała Salvatorówna patrząc na puste ręce dziewczyny swojego ojca.
- Skąd wiedziałaś?
- Intuicja.
- Pójdziemy na kawę?
- Z miłą chęcią - usłyszała wampirzyca w odpowiedzi i obie poszły w stronę wyjścia żeby dostać się do Mystic Grilla.




poniedziałek, 17 marca 2014

Miniaturka 1. - Wieczny Ukochany

Wiem, że to nie kolejny rozdział, ale jakoś ostatnio nie mam weny... Napisałam jednak ostatnio kilka miniaturek... Zacznę od tej najstarszej, którą napisałam jak miałam może jakieś jedenaście lat więc się nie przeraźcie :D Kocham was, nie zawiodę dziękuję <3

 Pewnego słonecznego dnia każdy myślał, że wszystko ułoży się w końcu po jego myśli. Nikt jednak nie wiedział jak bardzo się mylił. W pewnym momencie niebo zasnuły ciemne chmury. Bóg okazywał wtedy żałobę po wspaniałym godnym zaufania mężczyźnie. Mimo, że owy mężczyzna znał mnóstwo osób na jego pogrzebie pojawiła się ich tylko garstka. Płakała tylko jedna kobieta. Nikt by nie pomyślał, że to właśnie ona uroni łzy po tym człowieku. Zawsze mieli z sobą na pieńku. W latach szkolnych można było powiedzieć, że jako tako się tolerowali. On jednak wyjechał szybciej niż miał. Nie poczekał nawet do rozdania świadectw. Ona myślała, że bez niego obok będzie łatwiej. Myślała, że nie będzie tęskniła. Tęskniła jednak jak cholera. Gdy przyjechał była najszczęśliwszą osobą na ziemi. On jednak tak szybko musiał wracać. Do swojego nowego świata, bez niej. W święta miała mu powiedzieć co do niego czuje. Jednak los jej przeszkodził. Nie zdążyła. Napisała tylko list. List w którym opisała wszystko. To jak bardzo go nienawidziła. To ja bardzo kochała. To ja bardzo była szczęśliwa. To ja bardzo była wdzięczna. To wszystko co chciała mu powiedzieć przed śmiercią. A było tego sporo. Wrzuciła również wspólne zdjęcia. A po skończonej ceremonii siedziała tam jeszcze bardzo długo. Płakała. Przychodziła tam jeszcze codziennie przez pięć lat. Każdego dnia. Tylko ona. Wszyscy kazali jej przestać. Mówili, że to bez sensu. Nie mieli racji. Gdy stamtąd wracała była weselsza. Później przychodziła coraz rzadziej. Ale wiedziała, że on nie będzie na nią zły. Wiedziała, że to dzięki niemu spotkała kolejną osobę, którą pokochała. Mimo to nigdy nie zapomniała o mężczyźnie, który pierwszy zajął jej serce. Bo pierwszej miłości się nie zapomina obojętnie w jak tragiczny sposób by się skończyła. Nie trudno było się domyślić, że gdy urodził jej się syn nazwała go imieniem swojego ukochanego. Bajka jednak nie trwała długo. To imię chyba przyciągało same nieszczęścia. Jej mały synek zachorował na białaczkę.Każdego dnia tracił siły. Nie reagował na leki. Koniec był bliski. Ona zaczęła się modlić. Do niego. Miała tylko jego. Odkąd jej
mąż odszedł chwilę po ukazaniu diagnozy miała tylko jego i swoje kochane dziecko. Nikogo więcej. Przez te wszystkie lata zraziła do siebie wielu ludzi. Zbyt wielu. Modlitwa pomogła. Jej anioł stróż i tym razem pomógł. Wtedy po raz kolejny zaczęła odwiedzać cmentarz. Napisała kolejny list. I cały czas czuła go przy sobie. Nie wiedziała jednak jeszcze jak bardzo będzie szczęśliwa. Szczęśliwa z nim. Myślała, że to nie możliwe. On przecież leżał dwa metry pod ziemią. Sama widziała jak go chowają. Jak zamykają jego ciało w trumnie. Jak przewożą go cmentarz. Jak wszyscy układają kwiaty na jego grobie. Więc go nie mogło być. Nie istniało żadne istotne wytłumaczenie na jego późniejsze pojawienie się. Gdy ujrzała go później przed jej drzwiami nie wierzyła w to. Śniła o nim. To jednak miało wystarczyć. Miała się z nim spotkać. Później. Nie teraz. Teraz nie była gotowa. A zobaczenie go w żywej wersji było straszne. Nie realne. Okropne wręcz. Straszne i tragiczne. Mimo to była bardzo szczęśliwa. Bo jak tu nie być szczęśliwym gdy jedyny ukochany wraca z zaświatów na spotkanie z tobą? Nie da się. Miłość jest wieczna. Przynajmniej ta pierwsza. Ostatnia zresztą też. Tylko, że w tym wypadku ostatnia była pierwszą, a pierwsza ostatnią. Dziwne prawda? Ona też tak myślała. Opłakiwać go ze smutkiem, a później płakać ze szczęścia padając w jego ramiona. Ale życie takie jest. Nieprzewidywalne. Szalone. Piękne.

"Przyjdziesz do mnie we śnie, a następnie
 W ciągu dnia powrócę do zdrowia
 Wówczas noc będzie wynagrodzeniem
 Beznadziejnej tęsknoty za dnia.".

niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział 22.


W końcu jest....
Przepraszam, że musieliście tyle czekać...
Mam nadzieję, że wam się spodoba...
Pozdrawiam Ianka ;*
A gdy chcielibyście ze mną porozmawiać to wejdźcie na
https://www.facebook.com/pages/That-kind-of-love-never-dies/237857406400329
Kocham <3


Dwójka zakochanych ludzi całą noc przesiedziała na plaży. Obejrzała razem wschód słońca. W tej części kraju był naprawdę niesamowity. Wielka czerwono - pomarańczowo - żółta kula powoli unosiła się nad powierzchnię wody. Wody tak przejrzystej, że mogła służyć za lusterko. Pod jej powierzchnią widać było kolorowe morskie stworzenia. Wszystko było cudowne. Cały ten czas na przemian się całowali albo rozmawiali. Głównie o nim, Od niej dowiedział się tylko tyle, że od urodzenia mieszka w Los Angeles i ma na imię Sara. Bardzo dużo. On sam opowiedział jej kilka ostatnich lat swojego życia. Zmartwychwstanie, pobyt w Nowym Yorku, odnawianie relacji rodzinnych. Pominął też kilka chyba nawet najważniejszych wydarzeń w swoim życiu. Takich jak spotkanie Ally, zakochanie się w niej i planowanie wspólnej przyszłości. O tym właśnie chciał zapomnieć i przy niej wychodziło mu to doskonale.

Było około 8 nad ranem. Dziewczyna stwierdziła, że zgłodniała i razem ze swym "partnerem" poszła do baru na śniadanie. Wszyscy patrzyli się na nich krytykującym okiem. Weszli bowiem w pomiętych ubraniach, w piasku we włosach i podkrążonych oczach. Jakby spędzili noc na plaży, ale czy nie tak właśnie było?  Usiedli przy stoliku w samym końcu sali. Z obydwóch stron okalały ich okna. Po chwili podeszła do nich kelnerka. Złożyli zamówienie i czekali. Zaczęli rozmawiać o miłości. Chyba nie najlepszy temat na randkę. Kol dowiedział się od niej, że chodziła z 12 wampirami, czarodziejem, 2 hybrydami i 9 wilkołakami. Czyli to stąd wiedziała o ich świecie.
- Nie chciałbyś być zakochany?
- Byłem kiedyś. To bolesne, bezcelowe i przereklamowane.
- Hey nie mów tak, każdy zasługuję na miłość - powiedziała chwytając go za rękę.
- Nie ja, nie ja kochanie.
Siedzieli tak w ciszy aż w końcu kelnerka przyniosła ich zamówienie. Zajęli się więc nim.
Po półgodzinnym nieodzywaniu się do siebie Kol wyciągnął kartkę i nabazgrał na niej swój numer telefonu. Potem wstał, pocałował ją w policzek wyszeptał ' żegnaj ' położył pieniądze na stoliku i znikł w nadludzkim tempie za drzwiami restauracji. Sara siedziała tam jeszcze chwilę po czym sama wyszła i skierowała się w stronę swojego mieszkanie, które mieściło się dwie przecznice dalej. Po drodze wpisała numer telefonu Pierwotnego do telefonu.
Kol znalazł się w pokoju hotelowym z widokiem na ocean 5 minut po wyjściu z jadłodajni. Gdy tylko wszedł zobaczył na stoliku przed łóżkiem kopertę z jego imieniem. Przeraził się, ale wziął ją do ręki i przeczytał zawartość.

Niklaus Mikaelson wraz z Caroline Forbes 
mają zaszczyt zaprosić 
Kola Mikaelsona wraz z osobą towarzyszącą 
na uroczyste przyjęcie Sakramentu Małżeństwa,
które odbędzie się w
Bazylice św. Piotra w Rzymie.
"Gdy ktoś kocha różę , której jedyny okaz  znajduję się na jednej z milionów  gwiazd , wystarczy mu na nie spojrzeć, aby być szczęśliwym . Mówi sobie: Na którejś z nich jest moja róża".
Tak właśnie jest z nami
i mamy
nadzieję, że 
podzielisz nasze szczęście.

Tak myślałem, że się to kiedyś zdarzy. Całe szczęście, że mam bilety do Rzymu. Co prawda kupiłem je aby zwiedzić to stare miasto z Allyssą. Ale co tam jak nie ta to następna, a następną w tym wypadku będzie Sara. Trzeba ją znaleźć. Zaprosić i wywieźć z dala od Los Angeles. Tu nigdy nie poczuje się szczęśliwa. Widać to było w jej oczach. Każde okazanie miłości doprowadzało do tego, że w jej oczach pojawiały się łzy. Szybko je jednak ścierała. Udawała twardą, a tak naprawdę była tylko kruchą, skrzywdzoną przez życie istotką. Tylko jak ją znaleźć w tym pełnym smakołyków mieście. Głupiec obściskiwał się z nią przez całą noc, ale o numer telefonu już ciężko było poprosić. Co prawda sam dał jej swój, ale czy zadzwoni?

Sara siedziała sama w swoim jednopokojowym mieszkaniu połączonym z kuchnią i łazienką, którą dzieliła wraz z całym piętrem. Wynajmowała to mieszkanie za pieniądze zarobione jako striptizerka. Żałowała tego co robiła. Nic jednak nie mogła na to poradzić. Nie miała kasy. Taka była prawda. Za coś musiała zapłacić rachunki, zjeść i kupić najbardziej potrzebne rzeczy. I tak brała nadgodziny i pracę kelnerki w pobliskim barze aby jakoś związać koniec z końcem. Większość jej wydatków zajmowały długi, które narobił jej ojciec przed śmiercią. Był alkoholikiem i hazardzistą. A ona teraz przez niego łapała się każdej pracy. Już nie raz żebrała na ulicy. Leżała na materacu z którego wychodziło już kilka sprężyn i ściskała w ręku telefon. Zastanawiała się czy za dzwonić czy nie. Po 6 godzinach ciągłego zastanawiania się nad swoim losem który był do dupy zadzwoniła
- Witam - powiedziała do słuchawki.
- Dzień dobry, z kim mam przyjemność? - zapytał szarmancko.
- Thibault. Thibault Sara.
- O Sara to ty jak miło. Myślałem, że już nie zadzwonisz.
- Czemu miałabym nie zadzwonić? - spytała ostro.
- A nie wiem tak sobie. Ludzie jakoś nie chcą ze mną wchodzić w jakieś większe kontakty.
- Rozumiem. Ja jednak jestem inna. 
- Wiem to - odezwał się głos z słuchawki - dobrze, że dzwonisz inaczej musiałbym Cię szukać.
- Czemu miałbyś mnie szukać? - odezwała się nieśmiało.
- Bo chciałbym abyś pojechała ze mną do Rzymu na ślub mojego brata. Co ty na to?
- Nie powinnam.
- Dlaczego? Przecież wiesz, że cię ubóstwiam. 
- Tak, ale nie powinnam zostawiać pracy, przyjaciół i brata - skłamała.
- Ej nie masz tam jechać na zawsze. W pracy weźmiesz sobie urlop jak nie będą chcieli Ci go dać to ich zahipnotyzuję. Braciszka zostawisz z rodzicami przecież tam jest jego miejsce, a przyjaciele wytrzymają bez ciebie dwa - trzy tygodnie.
 - Dwa - trzy tygodnie? Nie mówisz poważnie, prawda?
- Jak najbardziej.
- Nie mogę, nie mogę go zostawić.
- Kogo? 
- Brata - skłamała.
- To zabierzmy go ze sobą tylko proszę pojedź ze mną. Proszę - powiedział słodko.
- Zastanowię się - odparła i się rozłączyła.

Allyssa wróciła do Mystic Falls. Ponownie zamieszkała z ojcem. Teraz mieszkali tam w trójkę. Towarzyszyła im Rebekah. Dziewczyna uważała, że jej ojciec w końcu jest szczęśliwy. Była z tego powodu bardzo zadowolona. Jednak jej sercu towarzyszył smutek i pustka. Tęskniła za nim. Za Kolem. Jej jedynym i niepowtarzalnym przyjacielu. Zadomowiła się w swoim małym pokoiku na poddaszu. Nie musiała tam mieszkać jednak zawsze lubiła tą samotność. Czytała właśnie książkę siedząc przy swoim dębowym biurku gdy do pokoju wszedł Damon. W ręce trzymał srebrną tacę, a ubrany był w smoking. Wyglądał przekomicznie. Zaczęła się śmiać. Rebekha, która stała za drzwiami podeszła do niebieskookiego i szepnęła mu na ucho 
- Wiedziałam, że tak będzie wyglądasz jak kamerdyner.
Salvatorówna zaczęła śmiać się jeszcze bardziej słysząc docinkę Pierwotnej. Podał jej kopertę leżącą na tacy. Ally przeczytała ją uważnie i się rozpłakała. Było to zaproszenie na ślub Caroline i Klausa. Chociaż prawie ich nie znała zaprosili ją aby razem z nimi przeżywała ten radosny dzień. Miała przyjść na nie z osobą towarzyszącą. Chyba nie zwrócili uwagi wypisując zaproszenie na to, że ona nigdy nie miała i nie będzie miała z kim przyjść. Jeszcze kilka dni temu był Kol, który wypełniał jej wszystkie myśli. Usiadła na łóżku i zaczęła się zastanawiać czy nie pójść z Zanem. To on wszystko rozwalił. Nawet nie zauważyła jak z jej oczu popłynęły pierwsze łzy. Koło niej usiadła Mikaelsonówna zaraz za nią z drugiej strony przysiadł jej ojciec i obydwoje przytulili ją ramieniem. 
- Ej mała nie płacz jak nie mój brat to ktoś inny. Szczerze to nawet nie chciałabyś z nim być.
- Nie to nie dlatego - powiedziała nastolatka łkając. 
- To dlaczego płaczesz? - spytała czule.
- Bo nie mam z kim tam iść. Moje życie legło w gruzach przez dwójkę facetów.
- Damon proszę Cię wyjdź stąd - powiedziała.
- Dobrze kochanie - przytulił jeszcze raz córkę, pocałował swoją kobietę w policzek i opuścił pokój.
- Nie chcę Ci zastępować matki. Nigdy nie chciałam. Rose była wyjątkową osobą i urodziła wyjątkową córkę. Teraz jednak chciałabym dać Ci szczególną radę. Posłuchaj głosu swego serca. To ono zawsze podsunie Ci najlepsze rozwiązanie. Nigdy nie słuchaj swojego rozumu. Spójrz na mnie posłuchałam swojego serca, które jednak mam i jestem teraz z najlepszym facetem na świecie. Gdybym słuchała rozumu siedziałabym teraz sama zapijając swoje smutki w jakimś przydrożnym barze. A tak jestem szczęśliwa - przytuliła Salvatorównę jeszcze bardziej.
- Dziękuję - powiedziała. 
- Nie to ja Ci dziękuję - odpowiedziała wampirzyca i opuściła pokój.

niedziela, 16 lutego 2014

Ogłoszenie Parafialne!

Miałam wczoraj dokończyć rozdział, który gotowy jest w połowie.
 Jednak przez własne urodziny tego nie zrobiłam, przepraszam :)
Jednak nie o tym chciałam pisać.
Założyłam fanpage na fb.
Dotyczy on mojego bloga, a może nawet wszystkich blogów.
Będę tam dodawała wiadomości o nowych rozdziałach,
jeśli będziecie chcieli to może jakieś krótkie oneshoty itd.


Jeśli bylibyście zainteresowani to polubcie stronkę:
https://www.facebook.com/pages/That-kind-of-love-never-dies/237857406400329

PS. Nowy rozdział najszybciej powinien pojawić się w sobotę bo muszę wracać do szkoły.
Niestety ferie nie trwają wiecznie. Pociesza mnie jednak myśl, że mam prawie cały wolny kwiecień. :D
~ Ianka ~

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 21.


Nanannaannana....
Wstawiam kolejny rozdział.
Zbliżamy się do końca... Ale może nie będzie on taki
szybki jak wcześniej myślałam. :)
Kocham was i proszę pozostawiajcie po sobie jakiś ślad.
CZYTAM = KOMENTUJE ;*

Kol miał dosyć ciągłego gapienia się w jej zdjęcie, które zrobił tak, że ona nawet o nim nie wie i upijania się do nie przytomności. Chce zapomnieć. Zapomnieć o kimś takim jak Allyssa Salvatore. Co prawda w liście napisał jej, że ma dzwonić. I on zawsze będzie przy niej. Ale to bez znaczenia. Nigdy nie wiedział, że przez głupia kobietę będzie tyle cierpiał. Czy nie robi jednak tego na własne życzenie? Przecież ona nie prosiła go o to aby odszedł. Chciała żeby został razem z nią. W domu, który jej kupił. W domu, który miał niesamowitą atmosferę. W domu, który mógł nazwać swym domem. Ale to bez znaczenia wybrał inną drogę i musi się jej trzymać. Przekonywał sam siebie. Czy tego naprawdę chciał? Nie z pewnością nie, ale chciał jej szczęścia, które mogła znaleźć tylko bez niego.

Ally nie wiedziała co ma z sobą zrobić. Gdyby on był przy niej od razu wymyśliłby coś czym mogliby się zająć. Jego jednak nie było. Trudno. Cały czas o nim myślała. W głowie w kółko odnawiała ich wspólne wspomnienia. Nie było ich dużo. Były jednak takie jakie miały być czyli piękne. Po długim namyśle dziewczyna chwyciła słuchawkę telefonu i wykręciła numer Pierwotnego. Odebrał po trzecim sygnale.
- Witaj kochanie - powiedział.
- Cześć Kol - odpowiedziała.
- Wszystko w porządku? - zapytał jakimś dziwnie niepokojącym głosem.
- Piłeś. Nie było to pytanie tylko stwierdzenie faktu.
- Może tak, może nie - powiedział śmiejąc się.
- Zadzwoń jak wytrzeźwiejesz i zażyj witaminy zdziałają na kaca - powiedziała i się rozłączyła.

Po co zadzwoniła? - wypytywał sam siebie. Czy nie dość już cierpię oddalony od niej o całą szerokość kontynentu. W tym właśnie momencie chciałby tulić ją w ramionach. Napawać się ciepłem i jedwabistością jej ciała. Chciałby składać czułe pocałunki na jej ustach. A był tu W L.A. Do jasnej cholery! Długo tak nie pociągnie. Gdy tak siedział na plaży z butelką bourbona w ręce patrząc na fale, które co chwila się oddalały, a po chwili znów wracały miał nadzieję, że wymyśli coś aby zapomnieć. Po chwili podeszła do niego kobieta, usiadła obok niego i z jego ręki wyciągnęła butelkę znakomitego trunku. Trzymała ją chwilę w dłoni po czym przechyliła i do jej gardła spłynął bursztynowy płyn.
- Ktoś pozwolił Ci się przysiąść? - zapytał.
- Nie, ale cóż jakoś dam sobie radę - powiedziała po czym znów się napiła.
Pierwotny zabrał butelkę z jej ręki i się napił.
- W takim razie co jeszcze tu robisz? - spytał naburmuszony.
- Siedzę nie widać, zająłeś moją miejscówkę koleś - powiedziała ze śmiechem.
Mikaelson próbował ją zahiptotyzować. Ta zbyła go tylko machnięciem ręki. Ręki na którą nałożona była bransoletka z werbeną.
- Skąd to masz? - spytał zaciekawiony.
- Cały czas będziesz zadawał głupie pytania? - tym razem to ona zadała pytanie.
- Może, więc?
- Wiesz wiem trochę o tym świecie.
- Skąd?
- Wiesz, że to bardzo ciekawe pytanie.
- Nie zbywaj mnie. Skąd? Skąd wiesz o naszym świecie? I dlaczego tu siedzisz?
- Po pierwsze nie zbywam Cię. Po drugie mam coś z tym wspólnego. A po trzecie to moja miejscówka mówiłam Ci już.
- Urocza - powiedział ironicznie.
- Jak tam sobie chcesz - odparła zabierając trunek z jego ręki. Oddał bez żadnych protestów. Potrzebował teraz towarzystwa, a ta dziewczyna była niezwykła.
- Ok.To może inny zestaw pytań. Jak masz na imię?
- Sara.
-  Sara? Ładnie.
- Wiem - oddała mu alkohol.
- Pewna siebie lubię takie.
- Jeśli nie chcesz żeby z tego ładnego noska zaraz poleciała krew natychmiast przestań.
- Ej no nie daj się prosić
- Lepiej mi to oddaj - odburknęła wskazując butelkę.
Gość do picia właśnie tego było mu trzeba. I to nie byle jaki gość do picia. Bardzo, ale to bardzo seksowny.
- Jest impreza plażę dalej przyłączysz się? - zapytała ironicznie.
- Z miłą chęcią - powiedział wstając. Gdy już stał na nogach podał jej rękę. Ujęła ją wstała po czym poszła przodem.
Droga na imprezę nie była łatwa. Cały czas gapił się na jej zgrabny tyłeczek. Ta wiedząc o tym robiła różne rzeczy aby go sprowokować. I kto by pomyślał, że w okresie totalnego załamania znajdzie piękną kobietę, która może być jego podporą. W tym trudnym świecie zrozumienia, a także sexu. Chciał tego jak nigdy. Jeszcze nikt nie pociągał go tak bardzo jak ta mała, pyskata kobietka. Wiedział, że z czasem i tak dojdzie do ich zbliżenia. Czekał na to. Zapomniał w końcu zapomniał. Zapomniał o tym jak głupia smarkula z Mystic Falls zmieniła jego życie. Chciała go zdominować. Chciała aby był grzecznym chłopcem. A on nigdy taki nie był. Przy Sarze mógł być sobą. Prawdziwym sobą. Nie jakąś marną podróbką, którą chciała z niego uczynić Ally dla własnej przyjemności. Ma tego dupka. Nie wiedział nawet jak ma na imię. Ale był mu wdzięczny. Wdzięczny za to uratował jego prawdziwe ja .Pełne złości, żądzy krwi; seksu i alkoholu.

Kol przez cały czas trwania imprezy borykał się z erekcją. Sara najzwyczajniej w świecie nie zwracała na to uwagi. Co rusz podsycała ogień w jego spodniach, a gdy tylko chciał jej dotknąć odsuwała się. Wiedziała co robiła i z kim ma do czynienia. Wiedziała, że on bezgranicznie jej pragnął. I robiła wszystko aby być blisko, a również daleko. Czy to miłość od pierwszego wejrzenia? Nie, nie  pewnością nie no bo niby dlaczego. Dlaczego ktoś taki jak on miałby zawracać sobie głowę zwykłymi śmiertelnikami. Gdy " ciężar " w jego spodniach stał się nie do wytrzymania poszedł w ustronne miejsce i zwalił konia. Został jednak nakryty. Nie przez Sarę, Ally która z niewyjaśnionych powodów mogła się znaleźć tu na miejscu, a przez niego. Okropnego, wrednego starszego brata.
- Oj ktoś się tu nam zaspokaja - powiedział ze śmiechem.
- Odwal się.
- Może tak, może nie, mam sprawę - rzekł.
- Klaus Mikaelson ma sprawę i zwraca się z tym do swojego braciszka jak miło - odpowiedział z pełnym ironii śmiechem.
- Kol czemu nie jesteś teraz z Ally?
- Cóż znudziła mnie.
- Znudziła Cię. Czyli już nie darzysz jej uczuciem takim jak wcześniej. Już nie chcesz aby była szczęśliwa. Chcesz aby została tam w tym wielkim domu bez możliwości porozmawiania z kimkolwiek. Aby zamknęła się jeszcze bardziej niż przedtem. Damon z Rebekhą nie wiedzą jak jej pomóc. Nie odzywa się do nikogo. Może ty wiesz o co chodzi? Może to ty jesteś w to zaplątany? Może to przez ciebie?
- Tobie już do reszty odjebało?
- Mi? Nie mi nie, ale Tobie chyba tak jeśli dajesz komuś nadzieję na lepsze jutro, a potem zostawiasz. Zostawiasz mimo, że tego kogoś kochasz całym swoim sercem, które jak sprawdzali medycznie jednak masz. Smutne nie?
- Czy ty nie potrafisz zrozumieć, że dla mnie i dla Allssy nigdy nie było wspólnej przyszłości? Ona chciała zmienić mnie za wszelką cenę w grzecznego, miłego chłopca. A ja jestem dokładnym tego przeciwieństwem. Przejrzałem na oczy bracie - powiedział to ostatnie słowo z sarkazmem.
- A teraz wybacz muszę poszukać pewnej gorącej laski, na którą jestem bezgranicznie napalony. Żegnaj - wydusił z siebie i poszedł szukać swojej towarzyszki.
Znalazł ją na parkiecie. Tańczyła ostro trzymając w ręku butelkę bourbona. Czy to możliwe, że już ją uwielbia. Z pewnością.
- Gdzie mi tak nagle zniknąłeś przystojniaczku? - zapytała ze śmiechem,
- Musiałem załatwić to i owo - wskazał ręką na spodnie.
- Rozumiem i przepraszam - podała mu butelką.
- Masz za co, ale chyba wiem jak możesz to naprawić.
- Więc? - zapytała.
- Choć ze mną na plażę - zaproponował.
- Ale już na niej jesteśmy kotku.
- Nie tutaj. Gdzieś w ustronne miejsce. Cukiereczku.
- Tam gdzie wtedy?
- Na przykład. Chyba, że znasz lepsze miejsce.
- Raczej nie no chyba, że masz na myśli moje mieszkanie.
- Ciekawie, ciekawie, ale dzisiaj wolę plażę.
- Jak tam chcesz.
Kilka minut później znaleźli się na sąsiedniej plaży. W miejscu w którym się poznali. Siedzieli w ciszy i delektowali się bourbonem. Nie przejmowali się niczym. Myśleli tylko o tym co będzie potem. Jak potoczy się ich znajomość. Kol nie przejmował się nawet swoim starszym bratem, który jak to miał w zwyczaju pouczał go jak ma żyć. Sam zalecał się do swojej dziewczyny jakieś 10 lat, a tu nagle zgrywa dobrego brata którym nigdy w życiu nie był i radzi mu aby wracał pod pantofel. Nie takie rzeczy to nie z nim. Niech Ally zajmie się swoim wspaniałym przystojnym przyjacielem z którym miała czelność się całować wiedząc, że on jest w pobliżu. Nie byli parą to prawda, ale chyba trzeba być ślepym aby nie widzieć, że ktoś się w kimś kocha. Niebo nad Sarą i Kolem było gwieździste. Powietrze ciepłe i rześkie. Jednym słowem było idealnie na pierwszą randkę.
- To co pocałujesz mnie? - spytała wesoło.
- A chcesz? Zabrał butelkę z jej ręki.
- Szczerze? Nie potrafiła ukryć iskierek wesołości w swoich oczach.
- Zawsze...
- To nie. Obydwoje nie mogli ukryć śmiechu. Znali się od kilku godzin, a zachowywali jakby byli blisko całe życie. Kol oddał jej butelkę  i przybliżył swoją twarz do jej. Po chwili ich usta złączyły się w gorącym pocałunku.
- Ja wcale tego nie chciałam.
- Chciałaś, chciałaś - zaprzeczył.
- Może i masz rację - powiedziała z szyderczym uśmiechem - Ale prawda jest taka, że nie całuję się na pierwszej randce.
- Ale to wcale nie jest nasza pierwsza randka.
- Nie? - spytała przekornie.
- Nie. Otóż to jest nasza druga randka. Więc jeśli nie masz nic przeciwko. Wziął pustą butelkę po trunku rzucił gdzieś na piasek i ponownie ją pocałował.
- W takim razie jeśli to jest nasza druga randka to kiedy była pierwsza?
- Hmm, wiesz to jest bardzo ciekawe pytanie. Można je rozpatrzyć na kilka możliwych sposobów.
1. Ty będziesz mówiła swoje ja swoje i później pójdziemy na kompromis.
2. Możemy zaliczyć nasze pierwsze spotkanie w tym miejscu za pierwszą randkę.
3. Mogę ściągnąć z twojej ślicznej rączki tą bransoletkę i Cię zauroczyć, ale coś czuję, że pijesz herbatkę z werbeny.
4. Możemy pominąć kwestie randki i zacząć się całować.
- Wiesz mam problem z wyborem między 1 a 4. Obie brzmią ciekawie. Dlatego chciałabym wykorzystać koło ratunkowe aby udzielić właściwej odpowie...
Nie zdążyła dokończyć swojej arcyciekawej kwestii ponieważ leżała na piasku przykryta ciałem Kola całując jego pięknie wykrojone usta.