niedziela, 27 października 2013

Rozdział 15 i 16

Ally dała się jednak przekonać na wspólną zabawę i dzięki temu przyjęcie urodzinowe udało się bardzo dobrze. Wszyscy tańczyli, bawili się, pili, a nawet śpiewali. Damon z Kolem wpadli na genialni pomysł zabawy w karaoke. Wszyscy byli za oprócz solenizantki. Jednak i ta dała się przekonać. Co prawda kilka razy przyszła policja. Policjanci twierdzili, że sąsiedzi skarżą się na zbyt duży hałas. Nie było to jednak prawdą. Nie według Kola. Impreza może i potrwałaby dłużej, lecz Ally nie czuła się najlepiej, a nikt nie chciał jej męczyć. W końcu to było jej święto. A poza tym wszyscy wiedzieli, że musi się wyspać bo czeka ją dzień pełen wrażeń. Tak, więc wyszli zaraz po 6 nad ranem.
***
  ~ Ok. 9 nad ranem ~
Kol chodził po domu uderzając w garnki długą drewnianą łyżką do sałatek wołając:
- Ally wstawaj przed nami cały dzień.
Gdy tylko dziewczyna usłyszała głosy dobiegające za drzwi jej pokoju nałożyła poduszkę na głowę i jeszcze bardziej przykryła się kołdrą. Jednak i to nie pozwalało zagłuszyć tego co robił Kol. Pierwotny  wpadł do pokoju, ściągnął pościel z łóżka, wziął Ally na ręce i wrzucił do napełnionej wcześniej wanny zimnej wody.
- Czy ty jesteś chory psychicznie, bo jeśli tak to udaj się na leczenie. Idiota. Palant.... - krzyczała na niego.
- O w końcu się obudziłaś - mówił jak najbardziej z siebie zadowolony - a teraz skorzystaj z okazji pobytu w wannie i się wykąp, bo za 30 min wyjeżdżamy. Śniadanie powinnaś mieć w swoim pokoju - poinformował ją i wyszedł.

***
Panienka Salvatore miała tego wszystkiego dosyć. Dosyć wkurzającego Pierwotnego, pobytu w luksusowym apartamencie, chciała w końcu wrócić do domu. Do Mystic Falls. Do ojca z którym od wczoraj ma coraz lepsze relacje. Allyssa była wdzięczna Rebekhce. Widać było, że zmieniała jej ojca.
Gdy wczorajsza solenizantka przygotowywała się do wyjazdu z walniętym Pierwotnym ten poszedł zapolować. Przypomniał sobie jak dawno tego nie robił. Przy niej się hamował. Nie wiedzieć czemu. Przecież wiedziała jak wygląda typowy żywot wampira. Miała go w domu i Mikaelson wątpił, że zwłaszcza po śmierci Rose Damon będzie się hamował z piciem krwi prosto z żyły. Ofiarą "palanta" była zgrabna blondynka. Spotkał ją na przystanku. Widział jak spóźnia się na autobus. Zagadał, a później pozbawił jej całego życiowego płynu. Był manipulatorem i to trzeba było mu przyznać. Do "domu" bo tak nazywał pokój hotelowy w którym spędził większość swojego nieśmiertelnego życia wrócił po ok. 20 minutach.
- Jesteś gotowa? - krzyczał już od progu.
- Jeszcze nie - usłyszał w odpowiedzi.
- Masz jeszcze 10 minut - powiedział zdenerwowany.
- Pamiętam.
Ally nie wiedziała gdzie się wybierają, więc nie wiedziała też w co się ubrać. Po dłuższym zastanowieniu założyła to. Włosy pozostawiła rozpuszczone, także spływały jej kaskadą po plecach. Zrobiła delikatny makijaż. I włożyła " Upadłych" Lauren Kate do torby po czym wyszła na spotkanie z krwiożerczą bestią.
- Gotowa? - spytał tym razem mniej zdenerwowany.
- Chyba tak, nie licząc tego, że jestem, strasznie głodna - powiedziała cicho.
- Przecież przywieźli Ci jedzenie do pokoju.
- Tylko, że ja jestem wegetarianką, a tam nic dla mnie nie było - szepnęła.
- Ok, w takim razie zjemy coś po drodze - powiedział.
- Dziękuje - odpowiedziała i po schodach zbiegła na dół.
***
Podróż zapowiadała się ciekawie. Para "przyjaciół" już zdążyła się kilka razy posprzeczać. Im to chyba jednak jak najbardziej odpowiadało. Muzyka głośno wypływała z radia. Cały czas rock oszaleć by można - myślała Ally. Kol łamał chyba wszystkie możliwe przepisy. Już chyba po 100 km mieli wyścig z strażnikami prawa. Pierwotny nie zdawał sobie sprawy z tego jak jego pasażerka się boi. Ona nie dawała po sobie tego poznać. Tak było chyba lepiej. Nie mogło ich nic łączyć. Nawet przyjaźń. Dlaczego? Dlatego, że później będzie trudno się rozstać. A rozstanie było nieuniknione. Prawda? Ona kiedyś umrze, on zostanie. Ona będzie chciała założyć rodzinę, liczyć rachunki, on będzie liczył ile lasek bzyknął i ile wypił na imprezie. Za dużo ich dzieliło. A dzieliło ich prawie wszystko. W radio zaczęła lecieć ulubiona piosenka panienki Salvatore. Mikaelson wyciągał już rękę aby zmienić stację jednak dojrzał proszące spojrzenie dziewczyny. Zostawił radio w spokoju i po chwili usłyszał śpiew anioła. Ally śpiewała wraz z wokalistką. Na początku nieśmiało i cicho później już coraz głośniej. Pierwotnemu zbierały się łzy w oczach. Była to najpiękniejsza chwila jaką dotychczas przeżył. Nikt jeszcze się przed nim nie otwierał. Ona robiła to jednak z dnia na dzień, z minuty na minutę. Pewnie nieświadomie, ale jednak to robiła. Gdy piosenka się skończyła i anielski głos ucichł spytał:
- Nadal jesteś głodna? 
- Jak wilk - odpowiedziała ze śmiechem.
- I pewnie zjadłabyś konia z kopytami? A nie przepraszam zapomniałem, że jesteś wegetarianką w takim razie proponuje drzewo z korzeniami - śmiał się.
***
Restauracja, a raczej obskurny zajazd oddalony był ok. 20 km od ich dotychczasowego miejsca postoju. Ten odcinek pokonali bardzo szybko i kilkanaście minut później mogli cieszyć się goframi i kawą w barze. Wystrój wnętrza nie był aż znów taki zły. Czerwone sofy i stołki barowe idealnie kontrastowały z białymi ścianami. Czerwone zasłonki w białą kratę wyglądały jak koce piknikowe. 
Za ladą stała miła pani w starszym wieku, która przyjęła ich zamówienie. 
Allyssa jadła gofra z bitą śmietaną i truskawkami, Kol natomiast zajadał się jajkami i bekonem.
- I co smakuje? - zapytał.
- Bardzo - powiedziała i wróciła do jedzenia. Po chwili zrobiła szyderczy uśmiech i poprosiła o całe opakowanie bitej śmietany w sprayu .Gdy tylko kelnerka dostarczyła zamówienie Ally zaczęła obmyślać plan. Pierwotny był w tej chwili tak bardzo zadufany w sobie, że nawet nie zauważył i nie poczuł, że na jego dłoni znajduję się porcja śmietany. 
- Kol chyba masz coś na twarzy - powiedziała śmiejąc się. Ten nadal był czymś zamyślony i odruchowo potarł twarz wcierając w nią bitą śmietanę.
- Diablica, a myślałem, że zabieram tu anioła. - powiedział.
- Przepraszam poproszę to co koleżanka - zawołał.
- Teraz to zacznie się wojna- powiedział zaczepnie.
- Nie boję się ciebie - powiedziała.
- A powinnaś - powiedział po czym wystrzelił biały krem w stronę Ally.
Ubrudził jej przy tym sweterek.
- Tak chcesz grać? - spytała.
- Tak - powiedział pewnie.
- W takim razie... - nie dokończyła bo podeszła do Kola, usiadła mu na kolanach i wtarła kolejną porcję białej pianki.
- Rozpraszasz mnie.
- Tak mi przykro - odpowiedziała, starła palcem trochę słodyczy z jego twarzy i wzięła go do ust.
- Dobre. 
- Naprawdę? Poczekaj też muszę spróbować - i zrobił to samo co ona - tak masz rację naprawdę dobre.
Po tym stwierdzeniu Ally wzięła swój sprej i rozprowadziła mu go po włosach po czym uciekła. Ten gonił ją po całej restauracji. Co rusz odrzucali puste opakowania i brali kolejne. Bar zresztą tak jak oni był zupełnie biały i puszysty. Wszystko wyglądało jakby było przy dekorowane na Boże Narodzenie.
- W takim stanie do mojego samochodu nie wsiądziesz - odparł gdy stali już na parkingu.
- Sam wyglądasz nie lepiej - powiedziała po czym wskoczyła do auta.
- To co jedziemy dalej? - zapytała najsłodziej jak potrafiła z siedzenia pasażera.
- Tak - powiedział po czym wsiadł do samochodu i odjechali.
--------------------------
Napisałam.... Ciężko było, ale jakoś tam dałam sobie radę :D
Następny pojawi się nie wiem kiedy... Pewnie jak najszybciej bo muszę go tylko dokończyć... Mam nadzieję, że wam się podobało ;*

poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział 14. cz. 2

"To twój brat Jace..." - te słowa krążyły po głowie dziewczyny przez krótki czas, ponieważ chwilę potem osunęła się w ramiona silnego pierwotnego. Kol zaniósł ją do swojego pokoju i położył delikatnie na łóżku. Po wykonaniu swojego zadania przysiadł w nogach posłania i czekał, aż dziewczyna się obudzi. Trwało to dość krótko. W pewnym momencie długie, czarne rzęsy zatrzepotały, a w szmaragdowo - zielonych oczach pojawiły się radosne iskierki, które najmłodszy z braci Mikaelson tak lubił.
- Co się stało? - zapytała słabym głosem nie do końca pamiętając co wydarzyło się przed chwilą.
- Oprócz tego, że twoje życie legło w gruzach... przeze mnie.... i to w co zawsze wierzyłaś okazało się kłamstwem ... To zemdlałaś i przepraszam... Miał to być twój najlepszy dzień w życiu... - przerwał widząc jej wyraz twarzy. Natłok informacji chyba w tym momencie nie za  dobrze działał na jej umysł. Jednak szybko wszystko przetrawiła i powiedziała:
- Ejjj.. Nie masz za co przepraszać. To, że mój "kochany" tatuś nie powiedział mi, że mam brata to nie twoja wina.... Dziękuję.. za wszystko - szepnęła. Wampir tylko przysunął się w jej stronę i złapał za delikatną dłoń. Nic nie mówił. Rozumieli się bez słów. 
***
- Czyli to co powiedział mi Kol to prawda tak? Jace jest moim bratem? - Ally zadała pytanie siedzącemu na przeciwko stołu Damonowi. 
- Tak... Takk cholera miałem nadzieję, że nigdy się o tym nie dowiesz... - odpowiedział zaciskając dłonie w pięści aby powstrzymać złość. 
- Mama..... czy mama wiedziała? -szepnęła bawiąc się kieliszkiem w którym pozostało jeszcze trochę czerwonego wina.
- Oczywiście, że tak słonko... Twoja mama wiedziała o wszystkim.... Ale musisz wiedzieć, że mój romans z Margaret trwał jeszcze przed powtórnym wróceniem twojej matki do świata żywych - rzekł ze wzrokiem wpatrzonym w podłogę. Z trudem powstrzymywał łzy. Wiedział, że jeśli zacznie płakać to po pierwsze zaraz za nim łzy uroni jego córka, a po drugie jego kochani znajomi będą mu to wypominali do końca życia. A tego nie chciał już i tak miał zbyt dużo problemów na głowie. Zamiast okazania swojej małej czułości w chwilach w których najbardziej go potrzebowała uciekł w w stronę alkoholu. Skorzystał z łatwiejszej drogi... Zrobił to po raz pierwszy i jak stwierdził ostatni...
***
Muzyka rozbrzmiewała w głośnikach. Balony wypełnione helem przylgnęły do sufitu. Pary tańczyły na dywanie i gdzieś  tym całym zamieszaniu siedziała solenizantka, która nie wiedziała już co ma myśleć. W dzieciństwie zawsze chciała mieć rodzeństwo, ale to było już bardzo dawno jeszcze wtedy kiedy jej rodzina była w komplecie. Teraz dowiedziała się o tym, że ma brata o którym nic nie wie. Gdy tak siedziała roniąc łzy do pokoju wszedł Kol. Bez chwili namysłu podszedł do niej i przytulił najmocniej jak potrafił.
- Dlaczego tu jesteś? Dlaczego nie bawisz się z innymi? Dlaczego tak po prostu nie odejdziesz? - zapytała wtulona w jego tors.
- Dlaczego nie odejdę nie wiem, najzwyczajniej w świecie sądzę, że muszę być tu przy tobie. Dlaczego nie bawię się z innymi bo jestem tu dla ciebie i tylko to się liczy. To miały być twoje urodziny i to ty powinnaś się bawić najlepiej... Mała wyjdź stąd i choć raz się zabaw, ale jeśli nie chcesz to posiedzę tu z tobą.
- Dziękuję - szepnęła.
- Za co?
- Za to, że jesteś - powiedziała i jeszcze bardziej się w niego wtuliła...
***
Błędy – wszyscy je popełniamy. Zazwyczaj mamy najlepsze intencje, jak trzymanie czegoś w tajemnicy, by kogoś chronić. Albo chcemy oddalić się od osoby, którą się staliśmy. Czasami nie wiemy nawet, jakie błędy popełniliśmy. Albo odkrywamy to w ostatniej chwili żeby zdążyć wszystko wyprostować. Ale żaden błąd nie zdarza się bez powodu. Daje nam lekcje czegoś, czego w innym wypadku byśmy nie zrozumieli. Można mieć tylko nadzieję, że więcej nie popełnimy tego błędu. Całe szczęście, że tak się nigdy nie dzieje...*
----------------------------------------
Wiem, że krótki nawet bardzo, ale cóż już tak musi być... Przepraszam za to, że tak późno... Że musieliście czekać... Nowa szkoła, nowi ludzie i dużo więcej obowiązków.... Rozdziały nie będą dodawane regularnie... Choć możliwe, że  tym tygodniu jako zadośćuczynienie wpadnie jeszcze jeden :) 
* Plotkara s.II odc. 20  

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 14. cz1

Zbliżał się wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ptaki szukały swoich gniazd żeby spędzić w nich cichą i spokojną noc. Ruch na ulicy dopiero się zaczynał. Nocne życie rozpoczynało się tu dopiero po zmroku. Uczestniczyli w nim zwykli ludzie, a także wampiry. Bezlitosne kreatury wysysające z innych krew. Na długich, brukowych ulicach malarze porozstawiali swoje sztalugi i liczyli na zarobek. Turyści, którzy nie rozstawali się nigdy ze swoim aparatem teraz też byli widoczni w samym środku miasta. Bourbon Street zostało skąpane zostało w złotym blasku latarni. Właśnie tą ulicą szła szybkim krokiem brunetka średniego wzrostu. Jej oczy błyszczały nadnaturalnym blaskiem. Mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku. A ta w ogóle tego nie dostrzegała. Była zbyta zajęta układaniem przemowy, w której powie swojemu współlokatorowi jak bardzo go nienawidzi i jak bardzo chce już wracać do domu. Lekki powiew wiatru rozwiał jej długie do pasa, kręcone włosy. Postanowiła je poprawić korzystając z małego, podręcznego lusterka.Gdy tylko je wyjęła zrozumiała, że coś jest nie w porządku. W torebce znajdowało się granatowe pudełeczko z zamszu. Nie miała pojęcia co mogło się w nim znajdować i skąd mogło się wziąć w jej torbie. Postanowiła sprawdzić jego zawartość siadając w pobliskiej restauracji. Wnętrze wydawało się mroczne. Ciemne ściany, czarna podłoga i obrazy przedstawiające martwych ludzi raczej nie były w jej klimacie. Wydawało się jednak, że to miejsce uspokaja. A przecież nie powinno się czuć spokoju właśnie dzisiaj i to w takim lokalu, w którym powiewało grozą. Dziewczyna kierowana ciekawością przysiadła na najbliższym krześle i otworzyła pakunek. Jej oczom ukazał się....
***
Wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Kol z niepokojem krążył po pokoju. Allyssa powinna już dawno tu być. Jace był, a przecież wyszedł z kafejki później od niej. Damon wraz z Rebekhą, Katherine i Elijah udali się do kuchni, żeby porozmawiać. Niklaus siedział przed biurkiem kończąc jakieś swoje bohomazy. Caroline z powagą sprawdzała czy wszystko jest tak jak powinno. Najmłodszy z braci Mikaelson podszedł do stolika na którym stała butelka z Whiskey i już miał sobie napełnić nim szklankę gdy usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza w zamku. W wampirycznym tempie zgasił w pokoju światło i wraz z innymi schował się za kanapą. 
***
Wchodząc do apartamentu dziewczyna stwierdziła, że jest cicho zbyt cicho. Zapaliła światło i odłożyła torbę na podłogę. Weszła do pokoju Kola, ale z przykrością stwierdziła, że go tam nie ma. Musiała z nim poważnie porozmawiać. Poszła do salonu w celu pooglądania jakiegoś nudnego talk show. Gdy tylko przekroczyła próg zza kanapy wyskoczyli : Kol, Klaus, Katherine, Caroline, Elijah, Stefan, Elena, Damon, Rebekah i z wielkim zaskoczeniem dla solenizantki przystojny blondyn, którego spotkała dzisiaj w parku krzycząc " Niespodzianka". Ally zaniemówiła. Jako pierwszy podszedł do niej Kol.
- Wszystkiego najlepszego z okazji 18 urodzin - powiedział jej do ucha.
- Ale ja przecież nie mam dzisiaj urodzin. I co tu robi ten facet którego poznałam dzisiaj w parku? - zapytała szeptem wskazując palcem w róg pokoju.
- Czyli Damon ci nic nie powiedział? - zapytał bardziej sam siebie niż ją. - To twój brat Jace...
CDN....
----------------------------------------------------
No więc tak przepraszam, że dopiero dzisiaj. Chociaż obiecałam wczoraj, ale była u mnie burza... Myślę, że po części wyjaśniłam o co chodzi z tym przystojnym blondynem. Przynajmniej powiedziałam wam kim jest.... Tak jak zwykle 7 kom. = nn :D
Pozdrawiam ;* 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 13.

Dzień zapowiadał się pogodnie. Ptaszki ćwierkały. Słońce mocno ogrzewało ludzkie twarze. Psy tarzały się w rozkopanej ziemi. Ludzie wędrowali po mieście. I gdzieś tam w tej kolorowej jak nigdy rzeczywistości byli też Kol z Ally w swoim pięknym apartamencie.
  - Ally, błagam Cię ścisz tą muzykę - powiedział wpadając do jej pokoju.
- Ja rozumiem, że masz niewyobrażalny słuch, ale nie przesadzaj - powiedziała spokojnie.
- Może podłączyłabyś słuchawki, co? - rzekł i pokazał jej leżący na łóżku kabel.
- Przepraszam, naprawdę Cię przepraszam.
- Ej, mała nie masz za co przepraszać, a teraz ubieraj się idziemy na spacer.
- Ekhem - chrząknęła.
- Tak? - zapytał z szyderczym uśmiechem,
- Może byś wyszedł?
- Ach tak, wybacz mi zapomniałem - powiedział wychodząc.

Zaraz po jego wyjściu dziewczyna wzięła szybki prysznic. Nałożyła na siebie czarne rurki, białą bokserkę i niebieski sweter. A na nogi włożyła białe (długo uproszone) tenisówki.
Włosy związała w luźnego kłosa. Zrobiła lekki nawet bardzo lekki makijaż. A oczy przykryła ( zresztą tak jak zawsze) swoimi za dużymi okularami. Na ramię zarzuciła czarną torbę.

- Kol, jestem gotowa - krzyknęła, wychodząc z pokoju.
Odpowiedziała jej cisza.
- Kol, gdzie jesteś? - krzyknęła.
Ciągle cisza.
- Kol, to wcale nie jest śmieszne - powiedziała wychodząc.

Ally chodziła po mieście. Oglądała zabytki. Odwiedzała muzea. Karmiła gołębie na rynku. A gdy już była zmęczona zaczęła czytać książkę przy fontannie. Długo jej jednak nie poczytała bo na plecach poczuła krople wody. Szybko się odwróciła żeby sprawdzić co lub kto jest temu winny. Winowajca stał po drugiej stronie małej fontanny i się uśmiechał. Był nim przystojny blondyn. W jego bursztynowych oczach pojawiły się wesołe iskierki.
- Czy mógłbyś przestać? - spytała.
- Przepraszam, ale to jedyny sposób aby odciągnąć Cię od książki.
- Udało Ci się, powiesz mi co chciałeś?
- Zaprosić taką piękną dziewczynę na kawę - powiedział.
- Przykro mi nie piję kawy.
- No to może na herbatę? - zaproponował.
- Herbaty też nie piję - odpowiedziała z przekąsem gładząc książkę po okładce.
- Woda?
- Nie.
- Sok? - zapytał podenerwowany
- Też nie.
- Shake?
- Tym bardziej nie. Nie widzisz jaką mamy pogodę? - wzniosła oczy do nieba gestykulując swoją odpowiedź.
- Widzę - odpowiedział i usiadł koło niej.
- Nie dasz mi dzisiaj spokoju prawda? - spytała.
- Prawda - odpowiedział zadowolony z siebie.
- No, więc chodźmy - powiedziała wstając.

   ~ Kawiarnia ~

Ally wraz ze swoim towarzyszem usiadła przy stoliku z widokiem na park. Rozmawiali o wszystkim jakby znali się od dawna. Rozmowę przerwała im jednak kelnerka, która przyszła złożyć zamówienie.
- Co podać? - zapytała wpatrując się cały czas w przystojnego blondyna.
- Ja poproszę kawę z mlekiem - powiedziała niepewnie Ally.
- A ty? - zapytała kelnerka.
- To samo - odpowiedział bursztynowo oki.
- Coś jeszcze? zapytała Polly.
- Nie już wszystko dziękujemy - powiedzieli wspólnie po czym zaczęli się śmiać.
- Mówiłaś, że nie pijesz kawy.
- Kłamałam - zaśmiała się.
  30 minut później...
- Przykro mi muszę już iść - powiedziała wstając.
- Odprowadzę Cię - zaproponował.
- Nie trzeba mam blisko - powiedziała.
- Powiesz mi jak masz na imię? - krzyknął pytająco gdy ta była już przy drzwiach.
- Może kiedyś - krzyknęła w odpowiedzi  i wyszła.
----------------------------------------------------
Wiem, że rozdział bardzo, ale to bardzo krótki... Nie martwcie się jednak, bo nn pojawi się już w niedzielę. Obiecuję ;D.. Jesteście ciekawi kto jest tym przystojniakiem. Pewnie tak, ale ja wam nic nie powiem xd

PS. Jak pewnie zauważyliście nie mam tu Archiwum. Linki do rozdziałów są w zakładce "Rozdziały".

środa, 31 lipca 2013

Wróciłam.. :)

No to co oficjalnie informuję, że wróciłam z wakacji...
Już tęsknię za Sunny Beach. Ale cóż było, minęło.
Mam nadzieję, że cieszycie się z tego, że niedługo pojawi się kolejny rozdział. 
Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo brakowało mi pisania ;) 
Kocham was!!! <3
                              Pozdrawiam ;*

PS. Rozdział powinien pojawić się do niedzieli, ale jeśli tak się nie stanie to przepraszam...
Troszkę wtedy poczekacie :D

środa, 10 lipca 2013

Rozdział 12.

Kol z Ally jechali już jakieś dobre dwie godziny. Droga upłynęła w ciszy. Żadna ze stron nie chciała się poddać. Za oknami było widać szczęśliwych, zakochanych w sobie ludzi. Co prawda ludzkie życie jest kruche, ale ma w sobie to coś za czym pierwotny tęsknił. Tą niepewność. Niepewność polegającą na tym, że nie wiadomo kto kiedy zejdzie z tego świata. I to właśnie było piękne. Może piękna nie była sama śmierć. Sam z własnego doświadczenia wiedział, że to bolesne. Jednak to czekanie. Pamiętał jak sam kiedyś czekał. Czekał gdy jeszcze był człowiekiem. Myślał, że po drugiej stronie czeka go coś lepszego. Teraz już nie miał na to szans. Dla niego druga strona oznaczała ból i cierpienie.

     - Odezwiesz się w końcu? - zapytał zdenerwowany.
Odpowiedziała mu tylko głucha cisza.
- W takim razie muszę wyciągnąć silniejsze działa- powiedział sam do siebie i podgłośnił muzykę.
- Czy mógłbyś to ściszyć?- zapytała wścieka Ally.
- O jednak nie zapomniałaś języka z domu, jak miło - powiedział zadowolony z tego, że wygrał.
- Przestań się wygłupiać i zawróć -powiedziała.
- Nie, nie kochana na pewno nie.
- Ale ja nie mogę nigdzie jechać? Nie rozumiesz? Nie mam ubrań, książek i innych potrzebnych rzeczy.
- Więc dlatego za 50 km odwiedzimy centrum handlowe. Nie rozumiem tylko po co Ci książki.
- Nigdzie nie wjedziemy bo nie mam pieniędzy, a książki są po to żeby je czytać. Mam nadzieję, że potrafisz czytać. Bo potrafisz prawda? - spytała zadowolona z siebie.
- Tak potrafię czytać. A w kwestii pieniędzy się nie martw ja mam ich od groma.
- Nie będziesz za mnie płacił, rozumiesz? - spytała.
- Może tak, może nie - powiedział zaczepnie.


~ 30 minut później~

- Kochanie o ceny się nie martw - powiedział pierwotny - nawet jeśli nie będzie mnie stać to sobie poradzimy - uśmiechnął się - a teraz musisz podać mi swoje wymiary.
- Nic Ci nie będę podawała - odpowiedziała.
- Ok, jak tam chcesz poradzę sobie sam tak jak zawsze zresztą. Unieś tylko nogę do góry - powiedział.
Dziewczyna zrobiła tak jak kazał.
- Po co to było?
- Sprawdzałem ile jesteś w stanie ustać na jednej nodze. Spotkajmy się tu za jakieś 2 - 3 godziny. Kupuj co Ci się tylko spodoba. Wyrażam nawet zgodę na to abyś poszła do księgarni, ale proszę nie siedź tam za długo.
- Och jakiś ty łaskawy, a ty gdzie idziesz? - spytała.
- Muszę coś załatwić - powiedział i odszedł.
Ally nie wiedziała co ma z sobą zrobić. Co prawda pochodziła po kilku sklepach kupiła parę rzeczy. Były to głównie szare swetry, jeansy i tenisówki. Nie chciała nadwyrężać budżetu Kola, więc wzięła wszystko z najtańszej półki. Co prawda Pierwotny mówił, że nie ma się przejmować ceną. Ta jednak czuła się niezręcznie wydając cudze pieniądze. Kolowi w zakupach szło dużo lepiej. Wszedł chyba do każdego sklepu od obuwniczego kończąc na sklepie z damską bielizną. Wszedł nawet do księgarni kupując tam prezent dla jego "kochanej" przyjaciółki.

  ~ 2,5 godziny później ~

Ally siedziała na ławce i czekała na Kola. Ten jednak nie próżnował i zdążył się nawet pożywić i
zahipnotyzować kilka osób ponieważ sam nie mógł unieść wszystkich zakupionych drobiazgów.
Sam wziął jednak tylko małe pudełeczko z naszyjnikiem i książkę, a resztę kazał zawieść do pokoju hotelowego, który załatwił telefonicznie.
- To co wybrałaś coś? - zapytał.
- Coś tam mam - powiedziała niechętnie - a ty kupiłeś to co chciałeś? - spytała.
- Tak, zdecydowanie tak - odpowiedział po czym wręczył jej pudełeczko - Proszę to dla ciebie.
- Ja nie mogę tego przyjąć.
- Jeszcze tego nie otworzyłaś, a już mówisz, że nie możesz tego wziąć, proszę Cię chociaż otwórz bo wybierałem to prawie z godzinę.
- No dobrze już dobrze - powiedziała i się uśmiechnęła.
Gdy tylko otworzyła jej oczom ukazał się naszyjnik, a raczej medalik z białego złota.
- Dziękuję, naprawdę Ci dziękuję - powiedziała, rzuciła mu się na szyję i wybuchnęła płaczem.
- No już kochanie jestem przy Tobie nie musisz płakać - powiedział czule.
- To ze szczęścia - powiedziała łkając - tylko czemu medalik? Dla mnie nie ma już nadziei powiedziała.
- Mylisz się słońce, nadziei nie ma dla mnie ty na pewno trafisz do lepszego świata. Wiem jednak, że trudno mi będzie się z tym pogodzić. To co  jedziemy już do hotelu czy chcesz jeszcze gdzieś iść? - zapytał z troską.
- Naprawdę padam z nóg wracajmy.
- Jak padasz z nóg.. - nie dokończył bo wziął ją na ręce i skierował się w stronę wyjścia.

~ Trochę później ~

Kol zamiast wziąć samochód całą drogę do hotelu przeszedł pieszo z Allyssą na rękach. Ta protestowała chciała zejść, lecz ten jej nie pozwalał. Na jego twarzy po 1000 lat pojawił się szczery uśmiech. Spowodowała go Ally. Cicha, grzeczna dziewczynka, która załapała kontakt z groźnym i niebezpiecznym wampirem. Tylko czy aby na pewno takie historie zdarzają się w życiu realnym? Chyba tak. Skoro im się coś takiego przytrafiło gdy byli w życiowym dołku.

   
~ Hotel~

- Kol proszę Cię postaw mnie już na ziemię - powiedziała nagląco.
- Nie wydaje mi się - powiedział.
- Ale Kol ja Cię naprawdę bardzo proszę. Ludzie w recepcji już patrzyli się na nas jak na nowożeńców, a ty chcesz mnie jeszcze przenieść przez próg - powiedziała.
- Kochanie nie postawię Cię na ziemię, bo jeśli to zrobię to oberwę, a tak masz teraz gorszy dostęp, rozumiesz?
- Czemu miałabym Cię bić? - spytała.
- Zobaczysz - powiedział, otworzył drzwi do pokoju i wszedł.
Cały hotelowy pokój zapełniony był: torbami, pudełkami, koszami, reklamówkami.
- Co to wszystko ma znaczyć, pomyliliśmy pokoje?
- Nie skarbie nie pomyliliśmy, a to wszystko co tu jest od teraz należy do Ciebie, więc teraz proszę po przymierzaj, pooglądaj tylko mnie nie bij.
Przez następne kilka godzin Allyssa przymierzała ubrania, buty, biżuterię i dodatki. Kol kupił jej dosłownie wszystko. Zadbał nawet o bieliznę. Z tego powodu chyba raczej nie była zadowolona. No, ale cóż ona o niej zapomniała, a coś musi nosić. Dostała od niego kilkanaście sukienek. Każda w innym kolorze, wzorze, wykonana z innego materiału. Zwariować można. Dostała też kilkadziesiąt bluzek. Większość na jej gust była zbyt wyzywająca, lecz niektóre były po prostu prześliczne. Jeansy, sweterki, kapelusze, paski, marynarki, kurtki, płaszcze, torebki - wszystko to było chyba w każdym kolorze tęczy. Zdziwiło ją tylko jedno. Czemu choć jedna para butów nie mogła być na płaskiej podeszwie. Każda miała gigantyczny obcas. Problem polegał w tym, że ona w takich butach chodzić najzwyczajniej w świecie nie potrafiła.
- Kol to wszystko jest prześliczne. Jak tylko wrócimy do domu to oddam Ci za to pieniądze tylko proszę Cię oddaj wszystkie te buty z powrotem do sklepu, ok?
- Nie będziesz oddawała mi żadnych pieniędzy zrozumiałaś? Cieszę się, że wszystko Ci się podoba. Powiedz mi lepiej czemu mam oddać te buty do sklepu?  - zapytał.
- Bo ja nie potrafię w nich chodzić - powiedziała cichuteńko.
- Przykro mi nie słyszałem - odparł.
- Bo ja nie potrafię w nich chodzić, ok? - krzyknęła.
- No już nie wściekaj się tak. Rozumiem, że to dla ciebie coś nowego, ale nawet na szpilkach można się nauczyć chodzić.
- Powiesz mi gdzie mam swój pokój?- zapytała zła.
- Idź do łazienki, otwórz tam drzwi, naciśnij na mydelniczkę.
- I co trafię do tajnej bazy FBI?- zaśmiała się.
- Do FBI to raczej nie, ale z pewnością wybierzesz sobie tam jakiś pokój.
- Jak przez ciebie wyjdę na idiotkę to zabiję, rozumiesz?
- Tak, tak rozumiem - powiedział i położył się na łóżku.
Ally poszła do łazienki wykonała instrukcje Pierwotnego i tak jak mówił ściana się rozsunęła.
Za nią było chyba 5 pokoi. Dziewczyna myślała skąd on mógł wiedzieć coś takiego. Bo nawet jeśli miałby użyć hipnozy musiał wiedzieć o projekcie czy czymś tam.
-  Pokój beżowy - krzyknęła.
- Wiedziałem, że go wybierzesz - powiedział tuż za jej plecami.
- To co przeniosę tu wszystkie twoje rzeczy i pójdziemy na drinka?
- Nie piję - odpowiedziała.
- Nie pije, nie pali, nie znosi zakupów, kobieta idealna - mówił pod nosem.
- Nie chciałabyś zostać moją żoną - zaśmiał się.
- Zamiast na drinka możemy pójść na kolację - zaproponowała.
- W takim razie ubierz coś ładnego. No i koniecznie jakieś szpilki.
- Przecież ja nie potrafię w nich chodzić. Nie zrobię z siebie pośmiewiska.
- Skarbie zaraz na szpilkach będziesz zdobywała Mount Everest - zaśmiał się.
Co on planował - myślała Ally.

   ~ 30 min później~

  - To co jesteś już gotowa? - zapytał wchodząc do jej pokoju.
- Tak, lecz następnym razem pukaj ok?
- No dobrze, spójrz mi w oczy.
- Ok, zahipnotyzujesz mnie żebym znała techniki chodzenia na szpilkach, prawda?
- Tak, jednak gdy wrócimy do domu od hipnotyzuję Cię i będziesz się uczyć ok? W końcu muszę się z czegoś pośmiać.
- Świnia, no ale niech ci będzie.
-----------------------------------------------------------------------------
No to co wstawiłam. Mam nadzieję, że się spodoba. 7kom = nn. Teraz pewnie zrobię sobie dwutygodniową przerwę. W następnym tyg. wyjeżdżam do Bułgarii, więc nie będzie ze mną żadnego kontaktu. No cóż trudno. Pozdrawiam was :*


piątek, 5 lipca 2013

Rozdział 11.

Kol po całonocnej libacji alkoholowej wraz z Damonem "wytrzeźwiał" dopiero około południa. Nie wiedział co z sobą zrobić, więc wziął długą kąpiel. Miało mu to pomóc w leczeniu kaca.  Po ok. 2 godzinnym leżeniu w wannie poszedł do kuchni zjeść śniadanie. Żałował, że nie może żywić się jak na wampira przystało. Co prawda zrobił to kilka razy. Na razie musiał jednak przystopować inaczej podejrzenie padłoby od razu na niego. Zastanawiał się nad tym czy by nie porwać Allyssy do Nowego Orleanu. Poznałaby tam kolejnych Pierwotnych i może w końcu przyznała się skąd o nich wie, bo raczej nie od ojca. To mogłoby być ciekawe przeżycie. I dla niej i dla mnie. To może się udać - myślał dalej. Ale jak to zrobić, żeby ona o niczym nie wiedziała. Przecież po wczorajszym znowu jest na niego obrażona. Tak jak zawsze nie wiedział o co. Ale to nic jakoś sobie z nią poradzi przecież nie takie rzeczy się w życiu robiło.

~ Pod domem Ally 4 godz. później ~

- Ally pakuj się wyjeżdżamy - krzyknął Kol wchodząc do jej domu.
- Jak ty się tu dostałeś? - krzyczała oburzona.
- Nie pamiętasz, może Cię zawieść do lekarza? - zapytał.
- Ostatnio miałam dużo na głowie i to przez ciebie, więc powiesz mi w końcu jak tu wszedłeś, czyżby Damon? - spytała.
- Nie to nie Damon - powiedział wchodząc na górę.
- Więc?
- Zaprosiłaś mnie ostatnio na mleko i ciasteczka, pamiętasz?
- Ja ciebie? Nie sądzę, powiedz mi lepiej co mi zrobiłeś.
- Zupełnie nic, mówiłem Ci, że chcę przyjaźni, a jak mi się zdaję ta nie powinna być wymuszona.
- I masz rację, patrz tobie też się to zdarza - powiedziała zaczepnie.
- Czy mogłabyś się już zacząć pakować? Nie mamy całego dnia - powiedział i rozsiadł się na łóżku.
- Ehemm - odchrząknęła - czy ktoś Ci pozwolił? I ja nigdzie się nie wybieram nie mogę zostawić.... - nie skończyła.
- Czego? Prawda jest taka, że oprócz Damona nie masz tu nikogo, a ten teraz zajęty jest Rebekah.
- Zawsze musisz być taki?
- Jaki? - odpowiedział.
- No taki.. - znów nie dokończyła.
- Szczery? Kochanie zawsze taki byłem, a jeśli się zaraz nie zaczniesz pakować to ja to zrobię.
- Nie jestem żadnym twoim kochaniem, zapomnia....?
Urwała bo właśnie w tej chwili Kol wziął ją na ręce i wyniósł z pokoju.
- Co ty robisz? - krzyczała.
- Ja? - zapytał rozbawiony.
- Tak ty.
- Ja tylko zabieram Cię z sobą na małą wycieczkę.
- Jeśli tylko przestąpisz próg tego domu obiecuję, że już nigdy więcej się do ciebie nie odezwę - zagroziła.

No to chyba czeka mnie bardzo męcząca podróż - myślał Kol w duchu. Może chociaż Caroline złapie z nią wspólny język, bo inaczej... bo inaczej tego nie przeżyję i nie jest to przenośnia. Chociaż jakby brać pod uwagę to, że jestem praktycznie niezniszczalny to nie jest, aż tak źle. Zawsze mogę użyć perswazji. Ale czy to zadziała w przypadku Ally bez jakiejkolwiek magii, czy czegoś tam. I jak do jasnej cholery wampiry mogą się rozmnażać? Dobra nic z tego nie rozumiem. Prawie tak jak zawsze. Przyznaję się bez bicia. Mówi się trudno. Szkoda tylko, że moje kontakty przyjacielskie są tak ograniczone. Ok może nie są, ale ja i tak sądzę, że są. Ach ci przyjaciele, których tak praktycznie nie ma. To jest już dołujące - pomyślał na koniec po czym pogłośnił radio.

Idiota, głupek, sukinsyn, małpa, debil, jeszcze większy idiota... - takie myśli kłębiły się w mądrej główce piękności siedzącej cicho na siedzeniu obok "złego" Pierwotnego.

Chociaż jakby się bliżej przyjrzeć to nie jest, aż taki zły - pomyślała jednak szybko odgoniła te myśli. Co prawda miała silne blokady umysłu i na pewno bez jej wiedzy nie znalazłby się w środku jej "głowy", ale cóż "Przezorny zawsze ubezpieczony" chyba tak to mówią. Zastanawiała się nad jego działaniami jeszcze chwilę jednak chwilę później zasnęła. Spała jednak tylko kilka minut bo śnił jej się koszmar. Podobny do tego z dnia w którym jej matka zginęła, z dnia w którym została przemieniona, i z nocy poprzedzającej pierwsze spotkanie z Kolem. Groźnym, nieobliczalnym Pierwotnym dupkiem. Koszmar zawsze wyglądał mniej więcej tak.
Mała dziewczynka wchodząca do ciemnego, wielkiego pokoju. Na samym jego środku stoi długi, drewniany stół. Najprawdopodobniej zrobiony z białego dębu.  W okół niego poustawianych jest 12 krzeseł. Po jednym dla każdego członka rady. Masywne krzesła obite w skórę. Ludzką skórę. W kącie wisi jedna malutka lampa. Nie daje ona zbyt dużo światła. Po przestąpieniu progu przez małą brunetkę drzwi w drugim, bardzo odległym końcu pokoju powoli się otwierają. Wychodzi z nich mroczna, zakapturzona postać. W ręku trzyma długi nóż z ostrym jak brzytwa ostrzem.  Zapewne potrzebnym do złożenie ofiary. Ale z czego? Przecież niczego, ani nikogo oprócz małego dziecka tam nie ma . Jego oczy świecą czerwienią. Mężczyzna podchodzi do stołu. Staje dokładnie po środku. I właśnie w ten środek wbija swe narzędzie. Gdy je wyciąga jest całe we krwi...
I właśnie w tym momencie sen się urywa. Zawsze się urywał. Nie było sposobu żeby przejść dalej. Żeby zobaczyć co się stanie potem.  Żeby skojarzyć pomieszczenie i tajemniczego człowieka. Żeby wiedzieć cokolwiek. Chociaż najmniejszą rzecz. Nie ma nic. Nigdy. Nie ma nic innego niż niewyobrażalny strach. Strach przed śmiercią. Nigdy nie wiadomo kto ma umrzeć. W jakich okolicznościach. Gdzie i kiedy. Nikt nie wie nic oprócz tego, że ktoś  zostanie skazany na śmierć. Zazwyczaj bezsensowną. Bo w jakim celu ktokolwiek kto miałby choć odrobinę ludzkich uczuć miałby pozbawić kogoś życia? Nie to nie jest normalne. Gdy Ally o tym rozmyślała z jej oczu popłynęły łzy. Przetarła je szybko dłonią. Nie może dawać Mikaelsonowi żadnych powodów do dbania o nią. Ponownie przymknęła oczy. Gdy to zrobiła ukazał jej się piękny obraz. Niepowtarzalne, ostatnie miłe wspomnienie.
Dwudziestokilkuletnia kobieta siedziała na kocu na łące w samym środku lasu. Obserwowała ona z rozmarzeniem piękne, błękitne niebo. Nagle podbiegła do niej mała dziewczynka z brązową burzą włosów. Przytuliła się mocno. W małej rączce trzymała bukiet polnych kwiatów.
- To dla ciebie, od taty - powiedziała.
- Dziękuję kochanie - powiedziała i pocałowała córeczkę w czubek głowy. 
- Chodź za mną - pociągnęła matkę za rękę. 
Chwilę później obie damy znalazły się obok małego, drewnianego domku nad jeziorem. Na jego schodach siedział przystojny brunet. Gdy usłyszał szmer podniósł głowę i widać było jego niebieskie jak ocean oczy. Ujrzawszy piękne panie mężczyzna zniknął w głębi domu. Wyszedł z niego kilka sekund później. W rękach trzymał wiklinowy koszyk. Na jego rączce przywiązana była wielka czerwona kokarda. A w środku widać było lekko wychyloną jasną główkę.
- To szczeniaczek - powiedziała półszeptem dziewczynka do mamy.
- Chodź pójdziemy sprawdzić co tam ten twój tata knuje. 
Kilka minut później obie kobiety stały już przy uśmiechniętym panu. Mniejsza trzymała w rączkach pulchnego pieska. Starsza natomiast powiedziała bezgłośnie
- Dziękuje za najlepsze urodziny w moim życiu..
Tak to było piękne. I od razu na twarzy Allyssy zagościł uśmiech. 
-----------------------------------------------------------------------
No więc tak rozdział pierwotnie był krótszy, ale postanowiłam dodać odczucia bohaterów. Możliwe, że właśnie tym go popsułam, ale nie ważne. Przepraszam bardzo, że nie wstawiłam rozdziału zaraz po 3 komentarzach, ale byłam u kuzynki i słaby dostęp do neta (niewarte wzmianki). To co stwierdziłam jednak, że rozdziały będą dodawane po 5 kom. jeśli nie macie nic przeciwko (można komentować z anonima). Mam nadzieję, że nie ma błędów. Nawet  nie sprawdzałam bo chciałam się szybko z tym uporać.To do napisania :*